Wara od ojca swego i matki swojej

W 2011 roku, w konkursie organizowanym w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu (hasło konkursu brzmiało: „Nie tak to pamiętam”), na kilkanaście wyróżnionych opowiadań pojawiły się aż trzy, których tematem przewodnim było molestowanie przez rodziców. W kilku innych przypadkach rodzice pojawili się w tej czy innej formie, także w kontekście pamięci, oczywiście złej pamięci. Pominąwszy fakt, że niektóre ze wspomnianych opowiadań były naprawdę dobre, bo nie o sprawność i kunszt tu akurat idzie, zastanawia mnie, gdzie podziały się, ogólnie rzecz biorąc, wszystkie złe dzieci z literatury tego świata?

Czy stary Bylica z „Chłopów” nadal wyganiany jest na żebry przez swoją córkę? Gdzie jest Cezary Baryka, co to wpędził matkę do grobu? Gdzie Zygmuś Korczyński, jego bezczelny brak patriotyzmu i biedna, łkająca wdowa-rodzicielka? Gdzie – przynajmniej! – bohater „Widnokręgu” prowadzący ojca specjalnie po stromych schodach lub nieznośny Emil ze Smalandii, co to w stodole upił świnie sfermentowanymi wiśniami? Gdzie?

Odpowiedź brzmi: wszyscy siedzą rządkiem na kozetce u analityka. Razem z biblijnym Synem Marnotrawnym i z porzuconym w dzieciństwie Zeusem. I z Kainem, którego dręczą koszmary, bo Bóg-ojciec bardziej kocha Abla.

Nadmiar prozacu w prozacu

Kiedy googluję „zły syn” wyświetla mi się 8 tys. wyników. Głównie jest to zresztą tytuł jakiegoś drugorzędnego, zdaje się, filmu. „Zła córka” to 3 tys. Googlując „zła matka” z kolei wyników jest aż 24,5 tys.

Nie, wcale nie wyciągnęłam z tego wniosku, że więcej na świecie jest złych matek niż złych dzieci, ani też wniosku odwrotnego. Absolutnie. Jedyny wniosek to irytacja, że współczesna moda na zrzucanie z siebie winy za najdrobniejszą słabość przenika zarówno do literatury, filmu i do sztuki w ogóle, jak i do sieci, internetowych forów i autobusów komunikacji miejskiej (autentyczny cytat-dialog, warszawskie metro: „Ale ty jesteś taka mało asertywna!” „Wiem, wiesz, bo mnie rodzice strasznie krytykowali zawsze”). A przez to cała literatura & CO stają się takie… oczywiste. Nie pytamy już, jaką osobowość miał Słowacki, ani co miał na myśli. Pytamy, kim była jego matka i jak go skrzywdziła. Bo że skrzywdziła, to przecież oczywiste.

Nie chodzi mi przy tym o to, aby udawać, że nasze/Wasze życie rodzinne jest wspaniałe, bo zakładam, że nie jest. Nie chodzi mi o to, aby „Gnój” Wojciecha Kuczoka wrzucać na indeks ksiąg zakazanych, a podczas oglądania dokumentu „Ojciec i syn” w reżyserii Pawła Łozińskiego (o bogowie, polecam!) trzymać kciuki wyłącznie za ojca. Chodzi mi o to, że ta nieznośna tendencja do usprawiedliwiania siebie poprzez oskarżanie rodziców (rodziców albo mężczyzn, jeśli jest się kobietą, albo przynajmniej świata jako takiego), pozbawia literaturę (i film?) pewnego mięsa i otwartych możliwości. O to, że wszystko jest już tym samym i kolejna powieść, która będzie wyłącznie wynikiem frustracji i chęcią „rozliczenia się ze swoim życiem”, będzie już po prostu nudna. Zwłaszcza, jeżeli autor wydobędzie swój wniosek spod fabularnej powierzchni tak szybko, jak Osoba Be z cytowanego dialogu z metra.

Przesada?

No dobrze, a gdzie ta cała falanga złych matek w literaturze? Gdzie? A w podtekście. I w uznaniu, że psychoanaliza to nie tylko narzędzie nauki (co też jest wątpliwe, ale o tym zaraz), ale i narzędzie poznawcze dla literatury w ogóle. Przykład: „Tradycyjne odczytywanie znaczenia onirycznych wizji w literaturze nierzadko nastręcza wielu problemów metodologicznych i interpretacyjnych. Badacz literatury często staje bezradny wobec niespójności, fragmentaryczności i abstrakcyjności marzeń sennych. W takich okolicznościach przydatne mogą okazać się osiągnięcia technik psychoanalitycznych, a w szczególności metoda zaproponowana przez ojca psychoanalizy, Zygmunta Freuda w jego dziele Objaśnianie marzeń sennych”. [1]

Reszty artykułu boję się cytować, bo ja bardzo, bardzo nie lubię być niemiła. No dobrze, przynajmniej jeden fragment, ten najśmieszniejszy, o Alicji w Krainie Czarów: „Niebawem kolejne marzenie senne dziewczynki się ziszcza i znajduje ona buteleczkę z napisem WYPIJ MNIE. Myślę, że w tym miejscu dochodzi do kolejnego zagęszczenia i ujawnienia się kolejnych kompleksów Alicji. Po pierwsze, w opowiadaniu wszelka konsumpcja kończy się dla Alicji zmianą rozmiarów […]. Alicja zmienia kształty, by stać się osobą o odpowiednich standardach (zarówno fizycznych jak i psychicznych). Czuje się zagubiona i wyraża pragnienie, by idealnie dopasować się do zaistniałej sytuacji” [2].

No właśnie. Wypisywanie na serio takich… (nie lubię być niemiła, nie lubię być niemiła)… takich RZECZY (uff) sprawia, że Instytut Badań Literackich naprawdę ma chętnych na kurs „Literatura i psychoanaliza” (koszt: 1000 zł plus wpisowe 200 zł plus świadectwo ukończenia 30 zł plus zapowiedź części drugiej kursu). Że wspomniany „Gnój” Kuczoka , „Ojciec i syn” Łozińskiego i wiele innych dobrych dzieł z różnych gałęzi sztuki, stają się w wielu umysłach nietęgich tylko reprezentantami nurtu mainstreamowego już i oczywistego, który niestety może łatwo przekształcić się w swoją karykaturę. Albo stać się zabobonem większym nawet niż gusła średniowieczne.

Plemniki20150507

Pseudonauka i pseudo-Freud

W pewnym sensie nie mam racji. Literatura i psychoanaliza mają bowiem jednak coś wspólnego: nie są nauką. Tyle, że literatura zdaje sobie z tego sprawę, a psychoanaliza jakby niekoniecznie. Jak zauważył Karl R. Popper (człowiek mądry i bardzo mądry), z psychoanalizą problem jest taki, że wszystko ją potwierdza, a nic nie jest w stanie jej podważyć. Jeśli pewna osoba pali cygaro, a jej psychoanalityk twierdzi, że w ten sposób osoba zaspokaja swoje potrzeby oralne, to jeżeli osoba ta potwierdzi, to udowodni prawdziwość twierdzenia. Jeżeli natomiast zaprzeczy, to psychoanalityk uzna, że wypiera ona prawdę. Łatwe, lekkie i przyjemne.

Co więcej, psychoanaliza jest tak wygodna, że rozbestwione społeczeństwo XXI wieku łyka ją bez zastrzeżeń. Oby tylko mogło kogoś winić, oby tylko nie musiało stanąć twarzą w twarz z tym, z czym mierzył się syn marnotrawny: z padaniem na kolana i błaganiem o przebaczenie. Bo przecież zastanawiając się, w jaki sposób skrzywdzili nas rodzice (a przecież skrzywdzili), nikt nie zapyta, czy ja skrzywdziłem ich. Bo przecież nie skrzywdziłem. Ja?

Nawiasem mówiąc, moja genialna myśl nie jest niestety oryginalna. Jeden z moich ideologicznych ulubieńców, Tomasz Witkowski, autor „Zakazanej psychologii”, której obszerne fragmenty czytałam w sieci, lecz której niestety nigdy nie miałam w ręku, napisał: „Kiedy pacjent przychodzi do terapeuty z problemem rozpadającego się związku, przyjmie każdą interpretację, poza tą, że nie dołożył wystarczających starań w utrzymanie tego związku” [3]. I o ile takie wnioski ktoś jednak wysuwa wobec własnego życia to jeszcze pół biedy. Ale wobec Alicji w Krainie Czarów? Wypowiadając się przy tym jako badacz kultury? Jakim prawem? Wedle jakiego naukowego uzasadnienia (na-u-ko-we-go, a nie bełkotliwego, w stylu tak se piszę, fajnie jest)?

Tak, wiem, wszystkie te gorzkie słowa to wynik frustracji wynikającej z faktu, że mama za krótko drapała mnie po plecach. Niemniej, każdemu uczestnikowi kursu „Literatura i psychoanaliza” oraz każdemu, kto najpierw leży na kozetce a potem kupuje książkę Słowackiego szukając w niej nie poezji Słowackiego lecz kompleksów Słowackiego, wręczyłabym rysunek, o którym ktoś kiedyś mi opowiadał, a którego nie mogę nigdzie namierzyć.

Leży facet na kozetce, nad nim stoi psychoanalityk i mówi: „Nie, nie ma pan zaniżonego poczucia własnej wartości. Pan jest po prostu gorszy”.

Przypisy:
1.
 B. Szumański, W głąb króliczej nory – psychoanalityczna lektura „Alicji w Krainie Czarów” Lewisa Carolla, „Podteksty. Czasopismo Kulturalno-Naukowe” nr 1/2014.
2. Tamże
3. T. Witkowski, Zakazana psychologia. Tom I, Biblioteka Moderatora, Taszów 2009, s. 245

Tekst opublikowany pierwotnie w 52 numerze Kwartalnika Literacko-Artystycznego „Szafa”.

Ps. Przy okazji. Edycję konkursu „Sprostać wierszem” 2015, organizowanym przez MDK Batory w Chorzowie, wygrała pani Barbara Kowalewska, której nie znam, ale której jeden z wierszy mnie nie tylko zachwycił, ale i wydał się ilustracją do niniejszego wpisu. Więc kradnę:

Pokolenie

mają toksyczne matki i trochę rzadziej

toksycznych ojców w każdym razie w literaturze

przedmiotu rzadziej ojcami straszą

zainfekowane wszystkim co rodzicielskie sieroty

zaadoptowane przez pop-psychologię karmione

instrukcją obsługi samotności

w wielkim mieście na odwyku od więzów

przy domowym stole ćwiczą się w życiu na daleki

dystans dolewają sobie animuszu

do kawy ze śmietanką przygodnego seksu zlecają

utylizację toksycznych odpadów instytucjom

pożytku publicznego domu pragnąć się nie ośmielają

tęsknić próbują w sieci pająk kołysze ich sny

i kamienie zwątpienia