Nike Joanny Bator. Chwilami było ciemno, chwilami prawie noc

Sama gala „Nike” oraz sposób, w jaki Joanna Bator odbierała nagrodę i za nią dziękowała, musiał przyczynić się do wzrostu popularności Ciemno, prawie noc. Właśnie ten typ wzruszenia ma moc udzielania się. Nie wspominając tym, że Bator jest piękna, a ja jestem przesiąknięta złym seksizmem i lubię piękne kobiety. Ogólnie: udzieliło mi się również. Przeczytałam.

Reakcja? Zaskoczenie, to przede wszystkim. Zamawiałam chyba inne danie, mogłam źle spojrzeć w kartę. Wiedziałam wprawdzie, że w powieści pojawią się tajemnice z przeszłości, poniemieckie mury, zaginione dzieci i aura grozy. Ale nie spodziewałam się ani tego, że będzie to „Z archiwum X” (może i w wersji ambitnej, ale „Z archiwum X), ani tego, że współczesna narracja jeszcze potrafi zaskoczyć. Tu na plus.

W związku z uwagą pierwszą: Ciemno, prawie noc nie jest książką dla każdego, nie jestem pewna, czy jest też dla mnie, a i Tobie drogi Ktosiu niczego nie obiecuję. Mówiąc mniej zawile: jeżeli czytając Haruki Murakamiego irytuje Cię, że kolejny przypadkowy przechodzeń znowu  c o ś  wie na temat bohatera (skąd? jakim cudem?), albo że drogi dwojga ludzi znów  j a k i m ś   t r a f e m  skrzyżowały się ze sobą, to u rodzimej pisarki będzie Cię to irytować także. Tajemniczość sięga czasem pogranicza snu i jawy i nie wiadomo chwilami, co się dzieje naprawdę. Realizm przez szybę. Mrugnięcie okiem. Ale i trochę pójście na łatwiznę.

Upierałabym się, że wątków nadrealistycznych było w powieści zbyt wiele. Zniechęcił mnie zwłaszcza jeden motyw: domu, w którym bohaterka rozmawia z tajemniczo zachowującym się byłym chłopakiem dawno zmarłej siostry, nie ma już następnego dnia. W jego miejscu stoi co innego, a były chłopak siostry okazuje się dawno już nie żyć i takie tam. Wow. Ironiczne „wow”.

Ale mimo wszystko, jeszcze bardziej upierałabym się, że nawet jeśli wspomnianych rewelacji było zbyt wiele, nie odebrały one powieści tego, co w niej najcenniejsze.

Nie odebrały jej chociażby wyobraźni i języka. Język granicą wyobraźni i na odwrót, wiadomo nie od dziś. Ale Bator wie to najlepiej. Stworzenie historii  o porwanych dzieciach i mrokach przeszłości z pewnością wymagać musiało wiele umysłowego wysiłku, nie mogło być wynikiem strumienia świadomości, z którego tak chętnie – zbyt chętnie – czerpie ostatnimi czasy polska literatura współczesna. Powiedzieć można: ktoś wreszcie się wysilił. Wyobraził sobie. Stworzył plan. Wiedział, do czego dąży – a nie opisywał tylko tę ulicę, ten dom, tych żuli, tę podróż ekspresem itd. (tak, tu jest aluzja).

Poza pomysłowością, na głośne „och” zasługuje na pewno zmysł obserwacyjny Bator, ostry jak oko jastrzębia i jak jastrząb gotowe do ataku, już, natychmiast. Opisy manifestacyjnego chaosu i kłótni Wałbrzyszan o figurę samozwańczego świętego są mistrzowskie. I polskie do bólu.

Za zaskakujące z kolei – i naprawdę nowatorskie – uznać można rozdziały, w których narrację stanowią wypowiedzi z internetowego forum. Kiedy mroczne tajemnice bohaterów pierwszo, drugo i trzecioplanowych przeplatają się z tłem, w którym szaleje rzeczywistość społeczna, czytelnik uzyskuje efekt szalony, mroczny i tragikomiczny naraz. Przyprawiony na dokładkę wartkim językiem. Z jednej strony zaryzykowałabym stwierdzenie, że forma u Bator góruje nad treścią, ale z drugiej – treść to nie tylko ten irytujący nadrealizm w realizmie.

Nie, jest kilka takich motywów, o których warto, zawsze warto. Choć narzeka się, że wszystko co brudne i lepkie, zyska u nas rozgłos (osiedlowe śmietniki Masłowskiej, bohaterów Vargi nienawiść do człowieka), to jednak nie oszukujmy się, no z sufitu popularność brudu się nie bierze. Bierze się stąd, że w świętym narodzie są wciąż tabu do obalenia. W powieści Bator dzieje się na przykład wiele krzywdy. Pojawia się bardzo dużo demonów przeszłości, molestowania dzieci i dawnych gwałtów zepchniętych przez ofiarę w tył głowy. Mięso i krew. Krew i mięso. We wspomnieniach, jeśli nie żołnierze Armii Czerwonej (w Ciemno prawie noc jest kilka pokoleń bohaterów, reprezentant każdego ma swoją historię), to wyrodna matka, lepka maź przekazywana z pokolenia na pokolenie, ciągle paskudna, ciągle obecna.

Ale to, co najważniejsze to chyba światełko – o którym chętnie mówi sama Autorka – zwiastujące, że ktoś przetnie łańcuch zła. Z jakichś powodów krzywda już nie pójdzie dalej, bo pojawi się obok niej wrażliwość. I tak, dla tej wrażliwości raczej warto przełknąć wątki „Z archiwum X”.

Tekst opublikowany pierwotnie w 50 numerze Kwartalnika Literacko-Artystycznego „Szafa”.