Spróbuj włożyć zmywarkę do garnka, czyli Król Twardocha w Teatrze Polskim

Ja to takie tłumy ostatnio widziałam w dzieciństwie na procesjach Bożego Ciała. Naród potrzebuje Twardocha, Twardoch nie potrzebuje narodu. Lud kocha Twardocha, Twardoch ludu nie. Ale z tym faktem nie mam problemu, akceptuję go, sama jednak Twardocha kochając i będąc jedną z wielu nudnych panienek, co to lecą na łotra. Tyle że nie w teatrze. A dokładniej: nie w Teatrze Polskim, w roli głównej Andrzej Seweryn, o ile w ogóle można mówić o roli głównej.

Założenie było (chyba) następujące: nie czytałeś książki, nie wchodź. A drugie: wciśnijmy w spektakl tyle, ile się da, zróbmy trzy godziny Króla w Królu. Kosztem zrozumienia, komfortu widza, harmonii, jak zwał tak zwał. Wyobrażam sobie, że dało się to zrobić dobrze, gdyby reżyser wybrał jeden wątek, okroił go, uwypuklił jego sens. A tak przypominało to wkładanie zmywarki do garnka. Jak ktoś, kto nie czytał książki, miał się domyśleć, że tatuaż na klacie Pantaleona to jego hybrydowy brat bliźniak, obleśny, budzący strach obrzęk z martwo-żywego ciała? Jak ktoś miał zrozumieć, że gdy chłopiec o semickiej urodzie jest bez okularów to gra Mosze Bernsztajna, a jak w okularach to jest bratem Szapiry? No w życiu. Trochę, długimi monologami, wyjaśnia się to i owo w ostatnich piętnastu minutach, ale co się zdążyło przez trzy pierwsze godziny (!) zaplątać, się nie odplącze. Swoją drogą: nie lepiej byłoby po prostu zatrudnić ze dwóch aktorów więcej i mniej namieszać? Uciąć niepotrzebne wątki jak brat-bliźniak Pantaleona lub piknik rodzinny Szapiry, z którego też nic nie wynikało? Skoro już Kum Kaplica, jeden z bohaterów, kocha lud Warszawy, to jednak niech i sztuka będzie trochę dla ludu. Zrozumiała czyli.

Estetycznie było to zrobione ciekawie, zwolnione tempo, gdy pojawiały się bojówki endeckie, gangi Warszawy, Tarnatino nad Wisłą, wielka ośmiornica na stole elit, moja ulubienica. I kamieniczki z wyświetlanym adresem, samochody. I już pozaestetyczne, ale za to piękne sugestie polityczne. Za to aktorstwo już nie zachwycało. To znaczy oni grali dobrze, żeby nie było. Ale, kurczę, mężczyźni. Natomiast we wszystkich rolach kobiecych za dużo było jęczenia i wicia się, zataczania i ocierania o rekwizyty, tego i owego. Rozumiem, że siostra Ziembińskiego. Że ta postać uniwersalna w błyszczącej sukni, grająca jakby wszystkich, a najbardziej ducha hedonizmu (moim zdaniem też niepotrzebna w ogóle, nie licząc pierwszej sceny). Ale że Emilia? Jęcząca Emilia? Przecież to ustawia ją dokładnie w tym samym szeregu co wszystkie kochanki Szapiry, a przecież ona miała być ta inna, elegancka, wydelikacona. Najlepiej właściwie grała „stara” Ryfka, Grażyna Barszczewska.

Podsumowując: nie, nie jestem zadowolona. Może z tego, że im więcej Króla w ogóle, tym lepiej dla społeczeństwa, bo jakże nieznane są informacje (historyczne!) o planowanym zamachu stanu pod koniec lat 30., klimat faszystowski z dwudziestolecia. A że na spektaklu były całe dzikie tłumy, to może kogoś ruszyło i dzięki temu… dzięki temu nadal nie będzie niczego specjalnego z walką społeczną o świadomość robił, ale wiedza jest wiedza. Zawsze.

Ps. Ja chcę tę błyszczącą kiecę.