Szanuj naukę głupcze. Nie słuchaj Dostojewskiego

Niektórzy studiowali literaturę w ramach przygotowań do studiów prawniczych. Inni zostawali dziennikarzami. Była jeszcze spora grupa tych, którzy wybierali filologię drogą eliminacji. Jako że nie mieli zbyt wystarczająco sprawnej lewej półkuli, żeby wybrać nauki ścisłe, historia była zbyt sucha, geologia nadmiernie ukierunkowana na ropę naftową, a matematyka nazbyt matematyczna – jako że nie mieli zdolności muzycznych i w ogóle nie byli znów aż tak bystrzy, próbowali zdobyć dyplom, robiąc to samo, co w pierwszej klasie podstawówki: czytając historyjki.

Jeffrey Eugenides, Intryga małżeńska

Wiecie, kim był Richard Feynman? Dla niektórych to twórca elektrodynamiki kwantowej, dla innych – dokładniej dla mnie, dzień dobry – jest on tym, który powiedział: „Cóż to za dziwny gatunek ci poeci, jeśli potrafią głosić chwałę Jowisza jako żywej istoty, a zachowują milczenie wobec Jowisza – ogromnej kuli złożonej z metanu i amoniaku”.

Poezja kości piszczelowych

Krótka piłka: święte słowa, panie Feynman. Dosyć już nasłuchał się każdy z nas w życiu przechwałek co drugiego „humanisty” na temat tego, że procentów to on nie obliczy, że „wszechświat ma dużo lat, ale tego nie wiemy na pewno” lub „teoria ewolucji to coś z małpami”. Dla przypomnienia – humanistą bez cudzysłowu był Leonardo da Vinci, via Wikipedia: malarz, architekt, filozof, muzyk, pisarz, odkrywca, matematyk, mechanik, anatom, wynalazca, geolog. Tak się składa, że zamiast Leonarda kochamy irracjonalistę Dostojewskiego i jego pojawiające się wszędzie aluzje, że nauka nie daje satysfakcji moralnej, że nauka nie udziela odpowiedzi na pytania itd. A jeśli nawet nie przyznajemy się do tego, że wpływ miał na nas Adam Mickiewicz, to jednak, niestety – mógł mieć. Miedzy innymi to przez niego czucie i wiara silniej mówią do nas niż mędrca szkiełko i oko.

Teraz tak: ja nie będę udawać, że rozumiem elektrodynamikę kwantową. Bo nie rozumiem. Ale jest to ostatnia rzecz, czym chciałabym się chwalić, raczej sobie współczuję. Świat jest cudowny, daje nam na tacy poetyckie tematy, bombarduje problematyką, zarzuca natchnieniem, na litość Boską, czy fakt, że po ziemi łaziły dinozaury nie jest fenomenalnie wręcz inspirujący?! Czy to, że miłość – szaleńcza miłość, dla której jesteśmy gotowi (na przykład ja) pokroić się na cienkie plasterki – jest wynikiem skomplikowanej biochemii, nie czyni z niej czegoś jeszcze bardziej niesamowitego?! Biochemia daje mnóstwo miejsca do poetyckich rozważań, a spospoliciałe „trafiła we mnie jak piorun” degraduje miłość do jednorazowego rąbnięcia. Rąbnięcia frazą.

Dlatego może tak lubię i coraz bardziej lubię Wisławę Szymborską. Jej opis ptaka (gromady ptaków raczej) w wierszu Przylot:

„[…] anioł z prawdziwego białka,
latawiec o gruczołach z pieśni nad pieśniami”

W. Szymborska, Przylot

Albo fragment jej wiersza pt. Tomasz Mann

„Drogie syreny, tak musiało być,
kochane fauny, wielmożne anioły,
ewolucja stanowczo wyparła się was […].
Dobrze, że choć pozwala pewnej rybie latać
z wyzywającą wprawą. Każdy taki wzlot
to pociecha w regule, to ułaskawienie
z powszechnej konieczności, dar
hojniejszy, niż potrzeba, żeby świat był światem”.

W. Szymborska, Tomasz Mann

„Dar hojniejszy niż potrzeba, żeby świat był światem”. No więc tak, hm, tak bym to chciała właśnie umieć nazwać. A że nie umiem, to powtórzę: prawdziwy humanista rozumie potrzebę, piękno i czar nauki. Ba, co niektórzy, znani i lubiani twierdzą nawet, że rozdzielanie nauk na ścisłe i humanistyczne nie jest do końca właściwe. Na przykład Michał Heller: „[…] u źródeł podstawowych pojęć matematyki i fizyki są doświadczenia potoczne, odniesienia do człowieczej perspektywy postrzegania świata, próby jego spontanicznego modelowania, sądy wartościujące – jednym słowem takie zachowania, które można znaleźć u podstaw nauk humanistycznych”[1] . Mało to może precyzyjne, ale warte odnotowania.

A jednak może być jeszcze gorzej…

… o czym zasadniczo traktować miał niniejszy tekst. Ignorancja to pół biedy. Ignorancja, fajka w zębach, wzrok w dal i wzruszenie ramion: że ja nie wiem i nie chcę wiedzieć, czym właściwie jest – dajmy na to – powietrze. I choć smutne to jak nieszczęście, jak męka licealisty, który chce tylko skończyć szkołę, to jednak obojętność wobec cudów natury, materii, kosmosu, czy genotypu małpy jeszcze nikogo nie zabiła. Inaczej bywało natomiast, gdy uwierzono, że nauką jest pseudonauka a polem do popisu dla szerzenia tej wiary była literatura właśnie.

W co wierzono? Że Marks i Engels i Hegel to racjonaliści. Że volkizm to teoria naukowa (volkiści to ci, co badali czaszki niby nordyckie i niby żydowskie – wyniki fałszowali, ale to chyba nikogo nie dziwi?). Że… (uwaga, tu się narażę, już wkładam wór pokutny i kierat) Jacques Derrida naprawdę miał coś sensownego do powiedzenia, a agresywny feminizm posługuje się argumentami naukowymi, „udowadniając”, że dziewczynka a chłopiec to jedno i to samo.

Miłosz przestrzegał przed tym tak ogólnie, wiedząc o mechanizmie wiary w pseudoracjonalizm jednak dość sporo…:

„Dwa ostre brzegi we śnie zwiedza umysł.
Zguba nieziemskich, zguba promienistych,
Niebo szturmując, materią wzgardzili.
W niej ciepło, radość i zwierzęca siła […]
Gwiazdę zaranną kłamstwami ogłuszą,
Dar, bardziej trwały niż śmierć i natura”.

Cz. Miłosz, Traktat poetycki

Czy przesadzam, porównując humanistyczny bełkot współczesnych do heglizmu/ volkizmu/ łysenkizmu? Oczywiście. Niemniej, nawet jeśli nie jest on aż tak niebezpieczny jak pseudoracjonalizmy z początku XX wieku, to jednak warto wiedzieć, że z nauką ma wspólnego dokładnie tyle samo i – jako taki – stanowi kiepską inspirację dla poetów (albo, moralizatorsko: powinien stanowić kiepską inspirację dla poetów).

A najlepiej uświadomił to humanistom niejaki Alan Sokal, robiąc sobie głupi, choć bardzo mądry żart. Opublikował w punktowanym, naukowym (a raczej „naukowym” albo „humanistycznym”) czasopiśmie artykuł pt. Transgresja granic: ku transformatywnej hermeneutyce kwantowej grawitacji. I cały artykuł był następnie taki, jak jego tytuł: bez sensu. Umyślnie bez sensu. I, co gorsza, wykazywał on w efekcie, jak już sprawa się wydała, że intelektualiści-humaniści typu Derrida, Kristeva czy Deuluze (znów się narażam, w imię ojca i syna…) używają pojęć naukowych, właściwie ich nie rozumiejąc. Aby wydawać się głębokimi myślicielami, mówią o hermeneutyce, dyskursie, konstrukcje społecznym, społecznym charakterze nauk ścisłych, no i koniecznie – o feminizmie.

Mój apel brzmi: poeto, poeto, szanuj więc naukę jako taką, ale także naukę jako źródło inspiracji, szanuj naukę jako bazę dla filozofii, szanuj ludzki umysł i jego ewolucyjną wielkość, mów „nie” pseudonauce i nie dopuść – razem z innymi – aby wiara w Hegla wróciła do literackich łask lub by zachwyt nad światem przyrodniczym został z poezji wyeliminowany. Amen.

I, aha, na zakończenie: artykuł Sokala odniósł sukces, tyle, że po ujawnieniu jego rzeczywistego przesłania zawartego w braku przesłania, redaktor naczelny „Social Text” stracił pracę, a Sokal… cóż, Sokal został wpisany przez redakcję na listę autorów, których prace nie będą publikowane („tego pana nie obsługujemy”). Toteż humaniści, jak widać, mają nie tylko kiepski wyobrażenie o tym, czym jest nauka, ale także kiepskie poczucie humoru…

kometa

Przypisy:
1. M. Heller, S. Krajewski, Czy fizyka i matematyka to nauki humanistyczne?, Kraków 2014, s. 17.

Tekst opublikowany pierwotnie w 51 numerze Kwartalnika Literacko-Artystycznego „Szafa”.