O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć

Filozofowie zawsze byli szaleni. Stali w jednym kącie trójkąta, podczas gdy artyści zajmowali drugi. W trzecim, na górze, cisnęli się – i cisną – się tak zwani zwykli ludzie, zwłaszcza inżynierowie, którzy do dziś wzbudzają u mnie najwięcej sympatii. Może dlatego, że mnie, jako stojącej okrakiem między filozofami a artystami, tym trzecim nigdy nie udało mi się dorównać, a podziw przecież może przejść tylko w niechęć lub miłość. Wybrałam to drugie.

Niejaki Bertrand Russell, filozof, którego cielisty wizerunek wraz z mądrym cytatem wygrawerowałam sobie nawet na kuflu od piwa (płacąc za to 59,99 zł), miał ambitny projekt. Chociaż żył w XX wieku i powinien już wiedzieć, że od ambitnych projektów boli tylko głowa, Bertrand chciał ustalić niepodważalne relacje między językiem a rzeczywistością. Ustalić możliwości poznawcze języka. Konstruować najbardziej perfekcyjne zdania ever. Żeby znaczenia słów nie dało się podważyć. Misja Russella nie trafiła w próżnię i już niebawem wszyscy filozofowie przestali pytać o byt i zajęli się szukaniem sposobów idealnego wyrażania myśli. Zaś uczeń Russella, Ludwik Wittgenstein, szaleniec, doszedł do wniosku przytoczonego w tytule. O czym nie można (nie da się) mówić, o tym należy milczeć.

Cały świat ogarnęło jedno wielkie milczenie. I chociaż wszyscy pleplamy od rana do nocy, bez chwili wytchnienia (idąc po ulicy, głupio nie zadzwonić do kogoś, tylko tak sobie po prostu iść bez sensu), to milczymy. I żeby było gorzej, wiele osób (zwłaszcza tych umieszczonych w dwóch dolnych kątach trójkąta) zdaje sobie sprawę, że wypowiedziałoby o wiele więcej, gdyby a) umiało precyzyjnie wyrażać myśli, b) posiadało odbiorcę. I to zdawanie sobie sprawy zajmuje im więcej czasu niż powinno. Zdają sobie i zdają, boleśnie, całe dnie.

Właśnie, odbiorca. Jest taka scena w Kamień na kamieniu Wiesława Myśliwskiego. Bohater czeka na braci. Czeka, czeka, lata świetlne ich nie widział. Konstatuje: „Bo gdy się bracia raz na tyle czasu z sobą spotykają, powinni mieć o czym pogadać. Gdyby nawet się nie chciało, to od czego są słowa? Słowa same poprowadzą. Słowa wszystko na wierzch wywleką. Słowa i z najgłębszej głębi wydrą, co gdzieś boli i skowycze. Słowa krwi upuszczą i od razu lżej się robi […]. Bo słowa to wielka łaska. Cóż ma tak naprawdę człowiek więcej prócz słów dane? I tak nas wszystkich czeka kiedyś wielkie milczenie, to się jeszcze namilczymy. Może przyjdzie nam ściany z bólu drapać za najmarniejszym słowem. I każdego słowa niewypowiedzianego na tym świecie do siebie będziemy jak grzechów żałować. Tylko że będzie za późno”. I oto przyjeżdżają wspomniani bracia i wszyscy zaczynają się kłócić, tyle z rozmowy, co krwi upuszcza i lepiej się robi.

Pytanie brzmi: skoro znowu podejmuje się niniejszym temat tak banalny, jak „trudności komunikacyjne” (paskudna zbitka, urzędowa taka), skoro wie się przecież, że na ustach każdego człowieka tkwi pas cnoty, i że przetaczające się w mózgu prawdy wieczne nagle są idiotycznie miałkie, gdy ujrzą już światło dziennie, to – po co się to robi? Skoro żyje się trochę już lat na świecie i doświadczenie boleśnie nauczyło, że mówić to sobie możesz, ale zrozumienia nikt obiecywał, to po co, jakim prawem wciąż ma się nadzieję, że to słówko coś jednak wydrapie w cudzej skórze, jakiś mały stygmacik nas samych?

A takim, że stoimy w złych kątach trójkąta, znowu. Inżynier wzruszy ramionami. Nie rozumiesz mnie to trudno, chodźmy na piwo. A ci gadają, gadają, gadają. Najwięcej o tym, że najlepiej nic nie mówić.

 

Tekst opublikowany pierwotnie w 49 numerze Kwartalnika Literacko-Artystycznego „Szafa”.