Wojna Literacka, czyli kto jest polskim poetą

Wykreślali, wykreślają i będą wykreślać

Houston, mamy problem: mieszkamy w Polsce. Nie przywiązuj się więc zbytnio do dobrej poezji, bo jutro się dowiesz, że była ona jednak zła. Zła, kolaborancka i czerwona, względnie tęczowa lub zielona w brązowe żubry. Choć przecież żubr, jak każdy szanujący się zwierz narodowy, winien raczej brać przykład z bociana i pomalować się bardziej przyzwoicie, a dokładniej na biało-czerwono. Inaczej nie ma szans na miejsce w panteonie. A kysz.

 

Gorzko? Tak ma być. Dziś o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni zimowy i nie ma powodów do radości. Co jakiś czas dowiaduję się bowiem, z prasy różnej maści, że ktoś nie tylko nie był godzien nazywać się polskim poetą (zwłaszcza Nobliści oczywiście), ale nawet „brał udział w eksterminacji Polaków”, a co gorsza „nigdy nie przeprosił swoich ofiar”.

Nie, nie mam najmniejszego zamiaru zajmować się powyższymi stwierdzeniami, polemizować z nimi, wyjaśniać, wyłuszczać. Nie zwykłam ranić sobie głowy o kamienne ściany złowrogich pomników, o ich równie kamienne, groźnie ściągnięte brwi, wystający oskarżycielsko kamienny palec i kamienną flagę biało-czerwoną wetkniętą w czubek dostojnego nosa. Powiem więcej: w ogóle nie chcę o tym myśleć, dlatego opowiem o czymś innym.

Otóż problem wyrzucania pisarzy z życia społecznego to motyw dość często w polskiej historii powracający. O ile jednak (mówiąc w pewnym uproszczeniu) w czasach tzw. Wielkiej Emigracji literaci zmuszeni do opuszczenia kraju „wyłączeni” zostali z własnego społeczeństwa jedynie fizycznie (a na dodatek każdemu z krajanów było z tego powodu smutno), o tyle w czasach emigracji powojennej nastąpił prawdziwe zawiły splot wzajemnego „wykreślania się” ze społeczeństwa i prób decydowania o tym, kto posiada moralne prawo do reprezentowania kultury polskiej, a kto na to prawo nie ma co liczyć. Wykreślali się i wykreślali, decydowali i decydowali…

Kierunki wykluczenia były dwa. Po pierwsze poetę-emigranta wyrzucali z listy znajomych pisarze krajowi, po drugie „literata z PRL-u” negowali emigranci.

Poeta-emigrant w głowie pisarzy znad Wisły

Lata były trudne i stalinowskie. Stwierdzenie, że wobec powojennego reżimu polscy literaci przyjmowali różne postawy, jest truizmem. Kultura w ogóle poddawana była nieustannemu naciskowi ze strony totalizującego się ustroju, a tępienie wolnego słowa przybrało postać nie tyle eliminacji literatury, co raczej jej odgórnego administrowania – zwłaszcza, że pisarze i poeci byli władzy ludowej szczególnie potrzebni. Aby więc pisarz czy poeta mógł cieszyć się możliwością wydawania swoich tekstów, musiał w obliczu nowej sytuacji politycznej przyjąć jakąś metodę działania. To wiemy.

Mniejsza jednak o kwestie różnorodności postaw, to kiedy indziej. Teraz interesują mnie kreowane na potrzeby władzy albo całkiem szczere (bywało różnie) „wykreślenie” emigranta z listy literatów przez pisarzy krajowych. Umieszczanie go po „ciemnej stronie barykady”. Stawianie znaku równości między nim a diabłem. Co ciekawe: jeśli ktoś nie wrócił do kraju po wojnie, jeszcze mu jakoś odpuszczano. Trudniejsza okazywała się decyzja o uchodźctwie dla tych, którzy późnych w latach czterdziestych przebywali w Polsce. Dla nich wyjazd był prawie samobójstwem.

Patrz: Miłosz. Przed odwilżą październikową był on właściwie jedynym głośnym emigrantem-intelektualistą. Jego wyjazd zaś spowodował zamieszanie zarówno w kraju, jak i kręgach emigracyjnych, jak i w nim samym. Po pierwsze, z prywatnej korespondencji Miłosza wynika, że wyjeżdżać nie chciał. O kółkach emigranckich miał złe zdanie, bał się izolacji wydawniczej i artystycznej dekadencji, która wydawała mu się ściśle powiązana z uchodźctwem. Z kolei w kraju nie mógł znaleźć swojego miejsca, także artystycznego: separował się od Związku Literatów Polskich, przyjaźnił z intelektualistami uznanymi przez władzę za „polityczne wyrzutki”, a co najgorsze: dobrze pisał, a już na pewno mało socrealistycznie. Ale jednocześnie służył na państwowym stanowisku (przez co wielu prawych obywateli do dziś nie może po nocach spać, co dopiero mówić o wybaczeniu Miłoszowi Nobla…), a kolejne lata utwierdzały go w przekonaniu o fałszywości peerelowskiego socjalizmu. W końcu, zdopingowany trudnościami w odzyskaniu swojego chwilowo zatrzymanego paszportu, kiedy jako kulturalny attache dostał kolejne pozwolenie na wyjazd do Francji, zdecydował się pozostać tam tym razem w roli emigranta.

W latach późniejszych literackich emigrantów było więcej, ale wykreślanie ich nazwisk ze wszelkich możliwych list obecności, było jakby mniej zamaszyste. Patrz: Hłasko. Oczywiście, w „Trybunie Ludu” ukazał się na jego temat obraźliwy artykuł (Primadonna jednego tygodnia), w którym to artykule na bieżąco informowano o jego „skandalicznym trybie życia”, „kontaktach z Izraelem” i innych grzechach. Ba, jeszcze w 1969, pod prasową informacją na temat śmierci pisarza, pojawiły się słowa, że „jak wiadomo”, Marek Hłasko, „autor wielu opowiadań szkalujących Polskę Ludową zdradził w 1958 r. ojczyznę i zbiegł do Berlina Zachodniego”[1]. Ale takiego ataku, jakiego doczekał się Miłosz, Hłasko na szczęście nie przeżył.

Wracając więc do Miłosza. Niestety, między innymi sam Gałczyński pozwolił sobie na zadedykowanie mu wiersza:

(…) A ty jesteś dezerter.
A ty jesteś zdrajca.
(…) Uch, przebolałem ja tę sprawę,
jakby mnie batem bili,
klnę się na matkę i Warszawę,
że to mnie jeszcze boli;
a ja sądziłem: minie, przejdzie,
że jakoś ból wypielę –
a ty mi ciągle z dna pamięci
wypływasz jak topielec – (…)[2].

Równie miłe było opowiadanie Kazimierza Brandysa Nim będzie zapomniany („Ta mysz uciekła z prawdziwie trudnego kursu. Nie róbcie z niego ideologa, to mysz. Za rok nie starczy mu śliny, żeby na nas pluć”[3]), czy też niektóre wypowiedzi Jarosława Iwaszkiewicza, długoletniego przyjaciela Miłosza. W prasie wyjątkowo ostre, żeby nie powiedzieć „drastyczne” ataki, będące dodatkowo atakami „oficjalnymi”, przepuszczał na przyszłego noblistę Antoni Słonimski, co chyba nawet szczególnie mnie smuci, ale nie sposób udawać, że nie miało miejsca…  „Warto zastanowić się, co się stało z pięknym słowem patriotyzm – pisał Słonimski w „Nowej Kulturze” – do jakiego samozaprzeczenia i splugawienia doszło ono w ustach emigracyjnej kilki londyńskiej, gdy tym słowem próbują oni pokryć swój akces do zbójeckiego, hitlerowsko-amerykańskiego paktu w Bonn”[4]. Właściwie atakowanie Miłosza stało się „rytualnym gestem potwierdzającym prawomyślność”[5].

Słonimski gromił Miłosza na tyle oficjalnie, że zmusił go do udzielenia odpowiedzi. W „Trybunie Ludu” pisał: „Judzisz przeciwko planowej pracy, która ogarnia coraz szersze masy ludu polskiego, godzisz w budowę fabryk, uniwersytetów, szpitali, wrogiem jesteś robotników i chłopów, którzy po raz pierwszy w historii naszego kraju stanęli do walki o obalenie wyzysku (…). Sprzymierzeńcami twoimi są przywrócone do życia upiory hitlerowskie”[6]. Odpowiedź ukazała się w „Kulturze” z 1951. Miłosz ogłosił, że mimo formy przypominającej procesy moskiewskie odpowie Słonimskiemu tak, jak zasługuje na to „dawny poeta Pikadora”. I odpowiedź swoją sformułował następująco: „Był czas, kiedy oburzałeś się na służalstwo pisarzy rosyjskich, krzyczących z inicjatywy władz: «Zabić go, zabić!». Dzisiaj sam spełniasz tę funkcję i używasz tego samego stylu. Wybrałeś tę rolę i nie byłoby tu nic do powiedzenia, gdyby nie dzieło poetyckie, które masz za sobą. Z szacunku dla ciebie jako poety zapomnę o twoim dobrowolnym poniżeniu i nie będę odpowiadał obelgami na obelgi”[7]. Ironii Słonimski jednak ze strony Miłosza nie uniknął: „Mam nadzieję, że atak na mnie polepszył twoją sytuację w Warszawie, czego ci życzę (…) Antoni (…). Ale gorzko musi ci być, kiedy przypomnisz sobie przeszłość humanisty”[8].

Pominąwszy jednak rażąco niskie moralnie (i artystycznie) ataki za nic, emigrantom zarzucało się nieraz także i konkretne przewinienia. Niektóre z nich wydają się z perspektywy czasu absurdalne, inne skłaniają do refleksji.

Z tych absurdalnych: literatów nieobecnych w kraju obarczano między innymi odpowiedzialnością za… niedoskonałość ustrojową II Rzeczpospolitej. Racjonalnym wytłumaczeniem takiego ataku może być następujący schemat myślenia: skoro, zamiast budować nowy ład, uchodźcy polityczni i literaccy oglądają się z nostalgią za siebie, oznacza to, iż wciąż pochwalają stan panujący w dwudziestoleciu międzywojennym. Dwudziestolecie zaś było dla wielu intelektualistów, szczególnie pochodzenia żydowskiego, okresem trudnym do zaakceptowania. W ogóle zresztą – nie oszukujmy się – było czasem dość paskudnym i dzisiejsza gloryfikacja tej epoki to po prostu wynik głębokiej nieznajomości historii.

Wystarczy przytoczyć tu fragment wiersza rzeczonego Słonimskiego z 1924 r.:

Że z podróży dalekiej do ojczyzny płynę
I że się serce z piersi wyrywa bezradnie,
[…] Smutno mi, Boże!

że tam się urodziłem, gdzie przyjąć mnie nie chcą.
że kraj ojczysty, kiedyś był piękny w legendzie.
że mnie przeklina język, w którym tworzę –
Smutno mi, Boże!

[…] że nikt mnie tutaj szyderczo nie pytał
O krew moją i dziadów, którymi się szczycę
I że w dzieciństwa mego wracam okolicę.
I że mnie w Polsce nikt nie będzie witał,
I że na gorycz moją nic już nie pomoże –
Smutno mi, Boże! [9]

Dlatego też wszelkie podejrzenie, że rzeczywistość pełna podziałów, mroku ławkowego getta i ludzi strzelających do prezydenta może wrócić, budziło pozorny bądź autentyczny sprzeciw. Emigrant stawał się wtedy wrogiem, bo siłą rzeczy, reprezentował to, co minione, przestarzałe i – co pokazała historia – także niebezpieczne. Oficjalne zaś nawoływania niektórych literatów emigracyjnych (głównie tych przebywających w Londynie) do tego, aby przywrócić stary ład, pogłębiały niepokój. W jednym ze swoich wierszy, o znamiennym tytule Do inteligenta uchodźcy, Adam Ważyk wspominał właśnie II Rzeczpospolitą:

(…) Gdziekolwiek szedłeś, miasta waliły się w gruzy,
pryskał pług w rękach chłopa, nim skibę doorał…
to po latach dwudziestu wyklarował się w burzy
ukrywany przez tobą tych lat posępny morał [10].

Emigranci, którzy opuścili budującą się Polskę socjalistyczną, tęsknili więc w mniemaniu rodaków za „faszystowską” Rzeczpospolitą, a zatem, w świadomości niektórych intelektualistów z kraju, cierpieli na „fałszywą orientację” polityczną i historyczną.

Poza zarzutami przesadzonymi i na wpół tylko logicznymi, zdarzały się też inne, bardziej wyważone. Iwaszkiewicz na przykład, w liście z początku 1950 roku, w sposób następujący żalił się Miłoszowi na paryską „Kulturę” (jeszcze przed emigracją noblisty): „Cóż za bezbrzeżna naiwność, a raczej głupota. Im się wydaje, że można błam futra schować do szafy i wyciągnąć po 20 latach, i uszyć sobie z niego takie samo jak przedtem futro”[11]. Wypowiedź ta powinna w zasadzie dać do myślenia. Nawet bowiem pośród tych emigrantów, którzy usiłowali utrzymać ścisłą współpracę z krajem, niemożliwością była pełna orientacja w tym, co dokładnie tam się dzieje, dlaczego i w jakiej kolejności… Ostatecznie nawet krajowy opozycjonista współpracujący korespondencyjnie z „wrogą systemowi” paryską „Kulturą”, Stefan Kisielewski, kierował do Giedroycia następującą uwagę: „Ja jestem politykiem, a Pan tylko kibicem, który zajmuje się literaturą i takim sobie gadaniem. Ale politykę robimy my”[12].

W tym miejscu chciałam podsumować wyraźnie, narażając się na biało-czerwoną racę, która być może wpadnie mi za chwilę przez okno do pokoju, że ani jednym, ani drugim nie było łatwo – choć z zupełnie innych powodów.

„Literat z PRL-u” w głowach emigrantów

Emigranci, o czym dziś mówi się mniej, bywali niekiedy równie napastliwi, co sterowani maszynerią peerelowskiej propagandy „krajowcy”. Byli przy tym jednak zdecydowanie mniej jednolici. Posługując się pewnym uproszczeniem, można przyjąć, że dzielili się na dwa główne obozy: Londyn związany z „Wiadomościami” i redaktorem Mieczysławem Grydzewskim oraz Paryż skupiony wokół „Kultury” Jerzego Giedroycia. Literaci polscy z innych krajów nie zbudowali silnego ośrodka własnego i często identyfikowali się z jedną z tych dwóch tendencji.

Czym się różnił polski „londyńczyk” od równie polskiego „paryżanina”? W stolicy Wielkiej Brytanii Polonia skupiona była wokół rządu i związanej z rządem kultury wojskowej. We Francji polityka z kulturą były powiązane w sposób bardziej rozluźniony. Tym, co dzieliło dwa ośrodki najbardziej była zaś niemożność dojścia do porozumienia następującej treści: jestże rodak-pisarz z PRL-u zdrajcą czy nie i czy dobrze jest utrzymywać z nim jakiekolwiek relacje? Londyn twierdził, że nie jest to dobry pomysł, że pępowinę trzeba odciąć, z zamachem. A Paryż sądził co innego.

W Londynie, w roku 1945, powstał Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie (ZPPO). Zrzeszał literatów, prowadził działalność ogólnokulturową i wydawniczą, organizował dla swoich członków pomoc materialną itd. Od roku 1947 ZPPO zaangażował się również w walkę polityczną. W ramach „walki” podjęta została uchwała wzywająca do zaniechania wszelkich publikacji w wydawnictwach Polski Ludowej. Redaktor „Wiadomości”, Grydzewski, piłsudczyk i przyjaciel generała Władysława Sikorskiego, był osobą silnie związaną z czymś, co określić można by mianem „patriotyzmu wojskowego”. Postawa ta przejawiała się w otwartym i bezkompromisowym potępieniem komunizmu, jak również w wyrażaniu chęci „reaktywowania przeszłości” i odbudowania II Rzeczpospolitej w przedwojennych granicach – wzbogaconych ewentualnie o ziemie zachodnie jako wojenną rekompensatę poniesionych strat. W związku z tak ostentacyjnie patriotyczną i bezkompromisową postawą, ekipa Grydzewskiego w sposób niezwykle surowy traktowała także wszystkich literatów pozostałych w kraju. Zygmunt Nowakowski, zastępca redaktora naczelnego, na stawiane mu zarzuty „zaślepionej bezkompromisowości” przyznawał nawet otwarcie: „Tak jest! Wcale się tego nie wstydzę. Są sprawy, o których nie chcę i nie umiem dyskutować. I wtedy jestem pryncypialistą, maksymalistą, pieniaczem, fanatykiem, psem na sztandarze, czym chcecie!”[13].

Dlatego też zupełnie inaczej prezentuje się na tle emigracyjnego Londynu środowisko polskich literatów w Paryżu. Pisarze skupieni wokół słynnej „Kultury” reprezentowali na ogół ideę otwarcia na kraj i długofalowego oddziaływania politycznego emigracji na to, co dzieje się w Polsce. Dominującą wśród nich postawą była deklaracja chęci budowania wolności demokratycznej (niechby i wolności względnej) w nowych warunkach. Giedroyć zwłaszcza nie zgadzał się na dzielenie pisarzy ze względów ideologicznych, czyli na tych, którzy zdecydowali się pozostać w kraju i na emigrantów. Wedle redaktora tylko przeciwdziałanie „rozłupywaniu kultury polskiej na krajową i emigracyjną może osłabić cenzurę i zniwelować podziały”[14]. Redaktor tłumaczył swoją taktykę również przekonaniami literackimi. Uważał, że zgoda na zamieszczanie w jego miesięczniku tekstów również kontrowersyjnych jest przejawem prawdziwej wolności słowa. Nie znaczy to jednak, że postaw krajowców „Kultura” nie krytykowała.

A wracając do obrazu literata z PRL-u: głównym zarzutem wobec niego było poddanie się władzy ludowej dla świętego spokoju albo dla konkretnych profitów. W przypominaniu tego grzechu swoim rodakom przodował satyryk Marian Hemar. Jego żale, skądinąd całkiem zrozumiałe, skoncentrowały się głównie w adresowanym do Antoniego Słonimskiego Wierszu do poety reżymu (nawiasem mówiąc Słonimski, kiedy w latach 70 pojawił się w Londynie, już jako intelektualista wspierający pewną inicjatywę wolnościową, wypowiedział warte przytoczenia zdanie: „No, widzę, że jest Marian Hemar, czyli jest mi przebaczone wszystko”[15]):

(…) Popatrzcież na ten rzymski profil:
Były frankofil i anglofil (…)
Przechrzta co tydzień, na wyścigi,
Co z wszystkich sobie wziął religii
Jedną religię: oportunizm –
Dziś się obrzezał na komunizm [16]

Ogólnie jednak miał on tendencję do używania nazwisk danych przyjaciół. W Naradzie satyryków wymienia wielu spośród tych dawnych kolegów, którzy oddali swój talent na usługi reżimu:

(…) Dalej Tuwim. Niestety, zmienił się mistrz pióra,
Bo kiedyś miał na twarzy myszkę. Dziś ma szczura (…)
I Gałczyński, Konstanty, z duszą Ildefonsa.
Co kiedyś kąsał, liże. Co lizał, dziś kąsa (…)
A tam, z tyłu, Słonimski siedzi wśród czeladzi.
Od dawna nic nie pisze, tylko drugim radzi (…)
Rzecz ciekawa – każdy z nich, w tej ciszy –
Wie, że o tym tak mówię. I każdy mnie słyszy [17]

Oczywiście pojawiały się również głębsze analizy zachowań krajowych literatów i związana z nimi bardziej wyrafinowana, subtelniejsza krytyka. Jerzy Giedroyć, propagator współpracy z krajem, postawę biernej akceptacji rzeczywistości uważał także za najgorszy grzech krajowych literatów. W liście do Gombrowicza, w komentarzu do gombrowiczowskiego artykułu Tandeta, poświęconemu artystycznej sytuacji w kraju, redaktor „Kultury” pisał: „(…) nie objechałeś wystarczająco mocno tzw. intelektualistów, nie zachęciłeś ich do oporu, nie wytknąłeś tego obrzydliwego zwyczaju, że jeśli się naruszy ich błogi spokój, to zaczną krzyczeć, że o Polsce można mówić jedynie nad Wisłą”[18].

Z kolei sztandarowym dziełem rozprawiającym się z reżimem jest rzecz jasna Zniewolony umysł, „rzecz o ludzkiej duszy, o namiętnościach i ambicjach, o zakłamaniu i prawdzie, o okrucieństwie człowieka i historii oraz o ludzkiej komedii pomyłek”[19]. Co ciekawe, chociaż za bohaterami powieści stały konkretne osoby z literackiego środowiska PRL-u, książka nie była obnażeniem konkretnych postaw, ale przede wszystkim próbą ich zrozumienia. Innymi słowy: Nobel zrozumiały…

Jednym z bohaterów Zniewolonego umysłu jest Alfa-czyli moralista, rozpoznany jako Jerzy Andrzejewski. Miłosz przedstawia go jako człowieka usilnie potrzebującego jakiejkolwiek wiary. Dla Alfy tylko komunizm mógł, jako ideologia wygrana, pełnić rolę jego aktualnej religii, której ewidentnie pragnął. Potrzeba fideizmu oddalała go jednak od prawdy. Kiedy zaś – wiadomo nie od dziś – „namiętność prawdy” zagłuszona została przez „potrzebę wiary”, nastąpiła zgoda pisarza na życie w zakłamaniu….

Z innymi zarzutami i z innym rodzajem usprawiedliwienia spotkał się w Zniewolonym umyśle Beta, Tadeusz Borowski. „Beta nie miał żadnej wiary, ani wiary religijnej, ani innej – pisał Miłosz – i miał odwagę w swoich wierszach przyznać się do tego”[20]. Jeszcze przed Powstaniem Warszawskim, a nawet przed swoimi przeżyciami w Oświęcimiu widział, według Miłosza, więcej i lepiej od otaczającej go młodzieży. „Ich patriotyczny zapał do walki z Niemcami wydawał mu się czysto irracjonalnym odruchem (…) próbował przyciskać ich do muru pytając, jakich wartości chcą bronić (…). Nie dostawał na to zadawalającej odpowiedzi. Oto jądro ciemności: nie tylko żadnej nadziei wyzwolenia, ale żadnej wizji jutra”[21]. Poświęcając rozdział Borowskiemu, Milosz tworzy więc jego obraz jako jednocześnie potępionego i usprawiedliwionego. Przypomina, że komunizm i stalinizm tworzyli w większości swojej ludzie skażeni wojną, pozbawieni przez historię skrupułów. Za co moim skromnym zdaniem należy mu się sława i chwała po wszechczasy, bo napisać na murze „kolaborant i ch….” jest jakby najłatwiej. Co nie oznacza, nawiasem mówiąc, że był Miłosz łagodny. Dla Gammy, bohatera, który obrazować ma postać Jerzego Putramenta, nie ma zrozumienia. Głównie za to, że w okresie stalinizmu równie żarliwie oddał się on nowej sprawie i nowej wierze, co antysemityzmowi w okresie dwudziestolecia

W literaturze emigracyjnej często zdarzało się też, że pisarz krajowy pokazywany był nie tyle wprost, co poprzez kontrast z tym intelektualistą, który świadomie wybrał życie poza socjalistyczną ojczyzną. Innymi słowy, polscy twórcy emigracyjni ukazywali siebie w sposób niepozbawiony swoistej dumy z własnego postępowania: „To już nie każdy Polak zabiegający o dobro ojczyzny był «dobrym» Polakiem. Literatura emigracyjna wytworzyła bowiem swoistą mitologię «lepszego» Polaka, wedle której Polak-emigrant ma wpisaną w swój status rolę strażnika polskości, obrońcy wartości narodowych i moralnych. W stosunku do rodaków w kraju cechuje go poczucie wyższości, swego rodzaju misji czy posłannictwa”[22].

Czasem poczucie wyższości przejawiało się także poprzez pełne krytycyzmu uwagi na temat poziomu socrealistycznych dzieł. One także są składową pewnego etosu, który wykreował obraz „emigranta jako lepszego Polaka”. Przykładem może być znów jeden z fragmentów pewnej satyry Hemara:

(…) Gdy mój wiersz rwie z kopyta, a wasz na pysk pada –
To nie moja zasługa, ani wasza wada.
Gdy mój wiersz wasze wiersze w puch i proch rozpieprza –
Ja nie lepszy poeta. Moja sprawa lepsza! [23].

Obok konsekwentnych, ale często zrozumiałych oskarżeń o konformizm, wytaczano oczywiście także i „cięższe działa”, niekiedy też wątpliwe etycznie. Jan Lechoń jako zdrajcę nad zdrajców przedstawiał Ksawerego Pruszyńskiego. Pruszyński, który w latach czterdziestych przestrzegał rodaków przed sowietyzacją, stwierdzał później, że „myślenie doznanymi krzywdami” jest niepolityczne oraz że Polska dogadać się musi z Rosją „taką, jaka jest”[24]. W myśl głoszonych przez siebie zasad napisał książkę Hrabia Wielopolski, w której nawiązywał do historycznych metod ugody z zaborcą, jako do jedynej możliwej drogi, obarczonej najlżejszymi możliwymi konsekwencjami dla całego narodu. Lechoń jednak nie był wyrozumiały co do proponowanej przez Pruszyńskiego postawy i zdania swojego nie zmienił nawet po tajemniczym wypadku samochodowym, w którym zginął autor Hrabiego Wielopolskiego. „Był on pierwszym zdrajcą, i śmierć nie może zmienić tego słowa (…). Być może Bolszewicy go sprzątnęli. Ale przecież zanim go sprzątnęli, zamordowali miliony innych, miliony Polaków”[25].

Podsumowując…

… działo się. Rok 1945 z kawałkiem był może najtragiczniejszą moralnie chwilą w dla Polaków, którzy znaleźli się poza krajem oraz niezłą próbą dla tych, którzy akurat byli na miejscu. Wszystko, co było przedtem było narzucone wyrokiem losu, teraz należało podjąć decyzję. A trudno było, przy tym będę się upierać, wszystkim.

Emigranci byli izolowani i niezrozumiani: „Początkowa demonstracyjna wręcz wyższość emigranta wobec Zachodu, motywowana doświadczeniem represji totalitarnych, szybko przerodziła się w skrywany kompleks niższości wobec jego osiągnięć cywilizacyjnych, a także poczucie rozczarowania niedocenianiem roli Polaków w walce z nazistami i komunistami”[26]. Powszechna ignorancja rozpamiętywanej przez Polaków tragicznej przeszłości wojennej też budziła rozgoryczenie.

„Krajowi” byli pełni obaw, pełni wojennych wspomnień, pełni strachu i pragnienia, by normalnie żyć. Nie podobało im się, że ktoś stamtąd mówi im, co mają robić. Stefan Kisielewski, przez bezpiekę zresztą pobity, apelował: „nie wolno sądzić polskich pisarzy minionego okresu nikomu, kto sam nie był poddany stalinowskiej metodzie urabiania mózgów”[27].

A jednak – sądzono. Że tak powtórzę: sądzono się i wykreślano, wykreślano i sądzono. Wzajemnych ataków i polemik było mnóstwo…  Istotniejsze jest jednak to, że ostry kontrast ideologiczny między „krajowcami” a „emigrantami” oraz między „Wiadomościami” a „Kulturą” w latach późniejszych uległ złagodzeniu, częstsza stała się próba dialogu. Emigracja generalnie weryfikować zaczęła stare uprzedzenia, popularniejsza stała się wymiana myśli między krajem i zagranicą. „Wierzący komunista” Aleksander Wat, który także wyemigrował na Zachód, nie miał już problemów takich, jakie spotkały wcześniej Czesława Miłosza. Dzięki związanym z miesięcznikiem „Kultura” przepływem informacji jasne stało się, że „człowiek z PRL” niekoniecznie musi być życiowym konformistą i anty-patriotą. Postawę tolerancji wzmacniały kolejne fale emigracji, szczególnie te z lat osiemdziesiątych. Nowe pokolenie literatów – Stanisław Barańczak czy Adam Zagajewski – nie byli już obciążeni balastem przeżyć wojennych i świadomym doświadczeniem stalinizmu. Tym samym stali się kolejnym bodźcem umożliwiającym zmianę sposobu myślenia, zarówno o środowiskach emigracyjnych, jak i o literatach pozostałych w kraju. I całe szczęście. Pytanie tylko, czy znowu trzeba się uczyć tego wszystkiego od nowa?


[1] A. Czyżewski, Piękni dwudziestoletni – biografia Marka Hłaski, Warszawa 2000, s. 81.
[2] K. I. Gałczyński, Poemat dla zdrajcy, „Nowa Kultura”, 1952, nr 3.
[3] Cyt. wg: A. Bikont, J. Szczęsna, Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu, Warszawa 2006, s. 45.
[4] A. Słonimski, Amerykanin, „Nowa Kultura” 1952, nr 23, s. 1.
[5] A. Bikont, J. Szczęsna, Sprawa Miłosza, [z:] http://wyborcza.pl/1,75515,2241208.html.
[6] A. Słonimski, Odprawa, „Trybuna Ludu” 1951, nr 307.
[7] Cz. Milosz, Odpowiedź, „Kultura” 1951, nr 50, s. 18-19.
[8] Ibidem.
[9] A. Słonimski, Smutno mi Boże, w: idem, Droga na Wschód, Gdańsk 1985.
[10] Cyt. wg: A. Bikont, J. Szczęsna, Lawina i kamienie…s. 17.
[11] Cz. Miłosz, Zaraz po wojnie. Korespondencja z pisarzami, Kraków 1998, s. 223.
[12] Cyt. wg: A.S. Kowalczyk, Giedroyc i „Kultura”, Wrocław 1999, s. 205.
[13] Cyt. wg: S.S Nicieja, Zygmunt Nowakowski – Rejtan na emigracji, „Dekada literacka” 1992, nr 14.
[14] Cyt. wg: J. Pasterska, „Lepszy” Polak? Obrazy emigranta w prozie polskiej na obczyźnie po 1945 roku, Rzeszów 2008, s. 78.
[15] P. Lisiewicz, Falset proroka, [z:] http://niniwa2.cba.pl/antoni_slonimski.htm.
[16] M. Hemar, Wiersz do poety reżymu, [w:] M. Hemar, Moja przekora, Kraków 2001, 71-72.
[17] M. Hemar, Narada satyryków, [w:] M. Hemar, Moja przekora, Kraków 2001 , 48-49.
[18] A.S. Kowalczyk, Giedroyć…, s. 222.
[19] W. Bolecki, Strach przed odpłynięciem okrętu. (Rozmowa o Zniewolonym umyśle), fragmenty dostępne na: http://hamlet.edu.pl/milosz-zniewolony-umysl
[20] Cz. Miłosz, Zniewolony umysł, Kraków 1990, s. 145.
[21] Ibidem, s. 144
[22] J. Pasterska, „Lepszy” Polak…, s. 20.
[23] M. Hemar, Narada…, op. cit., 51
[24] A. Bikont, J. Szczęsna, Lawina i kamienie…, s. 95-96
[25] J. Lechoń, Dziennik, t. 1, Londyn 1967, s. 322-323.
[26] J. Pasterska, „Lepszy” Polak…, s. 111.
[27] Cyt. wg: S. Jankowiak, Rozliczenie w socrealizmem – VII zjazd Związku Literatów Polskich [w:] „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej”, 2002, nr 10 (21), s. 57.