Sianokosy i bozon Higgsa (2012)

– Zdrajcy – rzuciła ona, w przestrzeń, kiedy oglądali telewizję, bo przecież nie mogła powstrzymać się od słów, choć on prosił ją od dawna, by nie komentowała. Teraz nie komentuje jej komentarza. Jest dzielny. Ale ona nie daje za wygraną i dodaje:
– Bóg, honor, ojczyzna.
On na to zaciska pięść prawą i kostki w jego dłoni zaczynają trzeszczeć.
– Dlaczego komentujesz? – pyta nadal spokojnie – Prosiłem cię, nie komentuj.
Potem wyobraża sobie, jak wciska jej do gardła kawałki plasteliny, różowej, białej, granatowej. Jak plastelina odciska jego linie papilarne przy jej migdałkach, jak ona sapie z powodu braku tlenu, jak odwołuje wszystkie słowa wypowiedziane w swoim życiu, a zwłaszcza przez trzy, cztery ostatnie lata, jak robi się niemową, która nic nie wie o świecie, albo niemową, która niech coś tam i wie o świecie, ale która siedzi cicho.
Ona o tym wie, słucha trzeszczenia jego kostek i boi się, że on kiedyś naprawdę coś jej zrobi. Ale wie, że są rzeczy ważne i ważniejsze, że groźba plasteliny w jej gardle jest kroplą w morzu ludzkich tragedii, śmiercią przeciętnego obywatela byłego Związku Radzieckiego, gdzie było mnogo ludiej. Skojarzyło jej się.
– Były Związek Radziecki – mówi – Towarzysze donosiciele.
– Och, zamknij się. Błagam cię tylko o to.
– Biało-czerwony. Łany zbóż. Dzięcielina.
– Ciemnogród – odwarkuje on, wreszcie sprowokowany – pipidówa.
Zamilkła, zadowolona, ale on już wszedł na ring, czyli poddał się.
– Zakompleksiony ciemnogród – warczy więc, wściekły na siebie.
– Jeszcze Polska nie zginęła – odpowiada ona, zaplatając sobie na głowie jasne warkocze – i nie zginie, niech na całym świecie wojna, choćby permisywizm i ateizm.
– Ja pierdolę…
– Stoicie po jednej stronie barykady, jak wtedy. My po drugiej, bo w nas jest i była prawda, krew i sól, i oblicze tej ziemi. Transparenty falowały, kiedy wy ze swoim brakiem Boga szliście na nas z ogniem i pałkami.
– Mieliśmy wtedy po trzy lata, idiotko – mówi on – Chyba, że masz na myśli lata dwudzieste, wtedy trzy lata miała twoja babka.
– A wy mimo wszystko wciąż idziecie na nas z pałkami – nie zrezygnowała ona, choć telewizor wyłączony został ostentacyjnie, a on schował się za parawan z gazety.
Przez dłuższą chwilę panowała cisza.
– Może się jeszcze dogadamy – odezwała się znowu, łagodniejąc – może zrozumiesz, że nie jesteś na takim wybitnym poziomie, jak myślisz. Mogę cię wyleczyć, mówić ci najładniejsze polskie słowa: księżyc, deszcz, stokrotki.
– Prawda! – huknął on – nauka, racjonalizm, cząstka elementarna i zderzacz hadronów!
– Księżyc w nocy nad jeziorem – spróbowała ona raz jeszcze, bezradnie.
– Tylko jako satelita – odpowiedział.
– Świtezianka… Nasz pierwszy raz, kiedy jednak przyjechałeś do mojego domu, a mój tata uczył cię jak używać kosy… Nasz pierwszy raz… Już mnie nie kochasz.
Musiała to w końcu powiedzieć, a wtedy on musiał odłożyć gazetę, odwrócić się i spojrzeć jej w twarz.
– To było tego dnia, kiedy poszedłem na wybory bez ciebie – powiedział obojętnie – Wstydziłem się twojej naszywki z Bogiem ojczyzną. Tamtą kobietę poznałem za kotarką. Postawiła krzyżyk w tym samym miejscu, co ja, a jej piersi nie falowały, tylko unosiły się i opadały w rytmie spokojnego oddechu typowego dla ludzi takich, jak ja. A poza tym była młodsza.
Na to ona oczywiście milknie. Maleje. Próbuje na własny ratunek powiedzieć, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Że biało-czerwony i sól tej ziemi. Ale nagle staje się niemową, która nic nie wie o świecie.