Połamane dzieci Vonneguta

Sytuacja jest coraz gorsza: zachowania społeczne inspirują do przemyśleń bardziej niż dzieła sztuki lub bliskość drugiej osoby, cała plejada analogii włazi mi do mieszkania, dziurką od klucza, szparą pod drzwiami, uchylonym na moment oknem… Co robić? Pewnie nic. Pisać o tym, co życie narzuca, z czasem weryfikować wnioski i oddychać głęboko.

Dziś miarą oceny tego, co się dzieje niech będzie tekst Lakatosa o ocenianiu teorii naukowych i cień Kurta Vonneguta, stałego bywalca mojej głowy i mojego serca. Pasują mi do tego całego cyrku wokół mnie, który toczy się każdego dnia powoli i nieuchronnie, w autobusie, na portalach społecznościowych, na spotkaniach ze znajomymi, w poczekalni u dentysty…

Trzy podejścia do nauki. Trzy typy ludzkie?

Zacznę od Lakatosa, filozofa nauki. Oczywiście, nie miał on Facebooka, nie czytał postów ani komentarzy pod postami, nie musiał – szczęściarz! – obserwować wydarzeń z ostatnich kilku lat. Zresztą, nawet jakby musiał, to mogłyby go słabo interesować, bo – powtórzę – nauką się parał, a nie psychologią tłumu. Ale jednak udało mu się wyróżnić w zgrabny sposób trzy podejścia do rzeczywistości, godne uwagi tak w ogóle, nie tylko z punktu widzenia jego wąskiej profesji.

Pierwsza wyróżniona przez niego grupa to sceptycy. Uważają oni teorie naukowe za jedną z odmian przekonań, ot, Newton czy Giordano Bruno, astrolog czy astronom, jeden za przeproszeniem pies właściwie. W ten sposób dowolny system prawd i półprawd ma prawo do swobodnego rozwoju, podobnie jak system wobec niego opozycyjny. Ot, hulaj dusza. „Sceptycy – konkludował Lakatos – odznaczają się bujną wyobraźnią, ale nie są godni zaufania. Historia nauki może być dla nich tylko przekonaniem dotyczącym przekonań”[1].

Brzmi znajomo? Pewnie. Ty wierzysz, że pomidory są zdrowe a ja mam inne zdanie? Mamy prawo. Doktor Zięba twierdzi, że witamina Ce leczy raka? Też ma prawo, choć ja twierdzę, że jednak skuteczniejsza chemia. Gdzie to wyczytałam? A, w jakiejś gazetce, na parapecie szpitalnym leżała, zresztą: czy ja coś muszę czytać? Ja po prostu twierdzę. Wara.

Na szczęście inaczej sądzą obecni wciąż w naszej rzeczywistości demarkacjoniści. Ich zdaniem wytwory wiedzy można oceniać i porównywać na podstawie ogólnych kryteriów, a te kryteria wynikają z wiedzy metodologicznej pozwalającej weryfikować teorie naukowe: ich spójność, kontakt z empirią itd. Weryfikowanie pozwala wrzucić część przekonań do worka z napisem „pseudonauka” i to nie dlatego, że tak ktoś sobie sądzi, tylko dlatego, że ma ku temu przesłanki.

Podejście demarkacjonistów do świata uważam za dość klarowne i zbędne do dalszych objaśnień, pozwolę sobie tylko na tęskne pytanie: gdzie jesteście i czemu was tak mało? I jeszcze na uwagę, iż „życiowy demarkacjonista” ostatnich lat to ten, który obserwuje rzeczywistość społeczną pod kątem znajomości systemu prawnego, wnikliwości podczas analizowania wielu przesłanek, a przede wszystkim pragnienia, aby czegoś w istocie dowiedzieć się i na podstawie wiedzy oddzielić ziarno od plew. Tyle o drugiej grupie.

Ok, teraz dochodzę do momentu, który jest dla mnie ciężki emocjonalnie. Sceptycy i wiara w doktora Ziębę to nic. Gorzej, że…. że…. że są jeszcze elitaryści. Ci twierdzą, że no tak, można odróżnić naukę od pseudonauki. Ale kryteria demarkacjonistów są dla nich zbyt banalne, zbyt ludowe, demokratyczne, zbyt dostępne, a więc na pewno nieprawdziwe. Demarkacjoniści są naiwni, są masą, która wierzy w takie banały jak kryteria… A więc: phi. „Ta teza – pisze Lakatos – głosi, że olbrzymia część wiedzy naukowej jest nieartykułowalna, że należy ona do milczącego wymiaru […] laik nie może być sędzią oceniającym teorie naukowe: ten milczący wymiar  dostępny jest i zrozumiały tylko dla elity”[2].

Tyle o nauce. A życiowi elitaryści? Według mnie to ci, którzy uśmiechają się ironicznie, gdy ktokolwiek walczy o swoje przekonania argumentami, emocjami, sięganiem do litery prawa, do zdrowego rozsądku, do idei szanowania prawdy i innych wyświechtanych haseł. W oku elitarysty sceptyk i demarkacjonista jest tyleż samo warty: ten wierzy, że witamina Ce leczy wrzody, a ten, że narodowcy z pałami różnią się czymś od młodzieżówek establishmentu, albo że konstytucja ma wartość, choć przecież na pewno, jako reprezentant ludu, niczego z tejże konstytucji nie rozumie. Elitaryści wiedzą. Popijają czerwone wino, czytając kolejny naiwny post na Facebooku namawiający do podpisania kolejnej śmiesznej petycji. Czują, że są ponad. Unoszą się trzy centymetry nad krzesłem.

Vonnegut szczerzy zęby. Nieszczerze

Elitaryzm niesłusznie kojarzyć może się z tą wspaniałą tradycją myślenia na wskroś ironicznego, której mistrzem był i będzie zawsze Vonnegut.

Czemu niesłusznie? Bo w przypadku elitarysty, gdy jego kolega z wypiekami na twarzy dyskutuje zawzięcie z innym kolegą i broni swojego zdania odnosząc się do racjonalnych argumentów, ten z pobłażliwością patrzy co najwyżej, jak mu idzie – wiedząc, że czerwone policzki prowadzą tylko do śmieszności i znów biorąc łyk wina. Z kolei dzieci Vonneguta, choć łażą z przetrąconymi już dawno kręgosłupami, to jednak swoją ironię traktują jako broń i reakcję na świat, a nie jako formę literacką. Bo ich wrażliwość nie pozwala im na unoszenie się trzy metry nad krzesłem. Dlatego wieczorami płaczą z empatii, aby potem pisać kolejny zjadliwy, lepszy, gorszy, żenująco emocjonalny, ale – zawsze – zaangażowany tekst lub wdawać się w kolejną dyskusję wierząc, że istnieją kryteria i ze zdziwieniem o te kryteria potykając się i łamiąc sobie nos.

Edit i edit numer dwa

Oczywiście, broniąc się przed atakami, że hej, co za uproszczenie myśli Lakatosa: ja wiem, że miał na myśli bardziej subtelny sceptycyzm, bardziej subtelny demarkacjonizm i bardziej subtelny elitaryzm, a moje prymitywne przykłady godzą w jego wieczny odpoczynek. Ale czy można dziś inaczej niż dosadnie, inaczej niż z hiperbolizacją? Można? Właśnie nie wiem… Na to pytanie wciąż nie mam niestety odpowiedzi…

Poza tym: pewnie się uważam za demarkacjonistę, czy raczej demarkacjonistkę? Pewnie najbliżej mi, tak. Ale nie jestem nią, bo jestem za chaotyczna i za mało wnikliwa, więc spokojnie. Może jutro. Dziś muszę jeszcze chwilę popłakać nad życiem społecznym, biorąc łyk wina od elitarysty, może się podzieli. Z pobłażliwością…

[1] I. Lakatos, Pisma z filozofii nauk empirycznych, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 1995, s. 329.
[2] Tamże


Tekst opublikowany pierwotnie w 60 numerze Kwartalnika Literacko-Artystycznego „Szafa”.