Polska literatura młodzieżowa a szczerość vel ekshibicjonizm

Wiem. Nie powinnam zabierać głosu. Przeczytawszy dwie lub trzy książki młodzieżowe na krzyż, mam większe pojęcie o ewolucji australopiteka w kolejny etap człowieczeństwa niż o literaturze dla nastolatków. Ale tak się zdarzyło, że ja nie o jakości tej gałęzi sztuki chcę niniejszym perorować, a o ekshibicjonizmie nazywanym przez innych „szczerością”.

Moja historia, czy raczej historia tego tekstu i zawartych w nim wniosków wyglądała tak: byłam chora. Byłam chora i mózg mój nie pracował, a nudy nie umiałam przeskoczyć metodą samozaparcia, więc postanowiłam poczytać coś lżejszego od powietrza, przynajmniej w formie (bo w treści nawet Byczek Fernando nie jest lekki). I wymyśliłam sobie, że wieczór spędzę z serwisem chomikuj.pl, legalne, czy nielegalne, zostawmy to na później. Przeglądając możliwe do ściągnięcia pliki, walcząc z bólem głowy, zrozumiałam, że chcę przeczytać coś, co już czytałam. Melodie znane lepiej się wszak słuchają. Montgomery nie wchodziła w grę, nie to, że źle ją wspominam, po prostu nie miałam nastroju na szelest sukien do ziemi. Musierowicz nie wchodziła w grę tym bardziej, bo nie jestem w stanie jej wybaczyć przeistoczenia sympatycznej rodziny Borejków, wraz z przydatkami, w nadętą, pompatyczną, kazirodczą i gardzącą wszystkimi innymi brać, która nie słyszała, że w Poznaniu jest galeria handlowa i w XXI posyła biedną dziewczynę na własne wesele w pończochach babci. Szklarski też odpadł, bo w rodzinne strony mnie ciągnęło, a ten Wilmowski nigdy na tyłku usiedzieć nie mógł, ciągle tylko kangury i goryle, które dodatkowo zabijał, co ze zdumieniem odkryłam całkiem niedawno, przypominając sobie treść serii o Tomkach.

I wtedy mnie olśniło: Jurgielewiczowa! Ten obcy! O wow, ale pomysł, pochwaliłam samą siebie, wcisnęłam przycisk „Chomikuj pdf” i z zadowoleniem weszłam pod koc, trzymając laptop pod pachą. Opłaciło się, po latach uznaję, że to naprawdę dobra książka. Nieaktualna jak nieszczęście, ale mądra i taka nieoczywista. Po kilku godzinach schomikowałam drugą, mniej znaną część pt. „Inna”, a po kolejnych kilku godzinach, zastanawiałam się: co tam jest takiego odmiennego, że choć kupuję treść w całości, czuję nieaktualność? W tamtych dzieciakach, czasach, problemach?

Oczywiście, nie mówię o realiach historycznych, wiadomo, inny był wówczas system, metody edukacji, stosunek do rodziców, inna dojrzałość (dzieci), inne możliwości finansowe, inne rozrywki, inne podejście do świata. I właściwie, kiedy już uznałam, tonem starej raszpli, że „wtedy było lepiej”, rozsądek podpowiedział mi, że nie, w jednym aspekcie na pewno nie. W aspekcie szczerości, którą niektórzy nazywają „ekshibicjonizmem”. Otwartości zwanej „nadmierną psychologizacją”. Umiejętności proszenia o pomoc, którą kiedyś uznano by za użalanie się nad sobą i w ogóle… W ogóle.

Na szczęście znam jedną współczesną powieść młodzieżową (nie licząc wspomnianej Musierowicz, której nie traktuję jako reprezentantki gatunku już, bo nie zauważyła, że nie mamy lat 60.XX wieku, tylko coś tam ciut się posunęło do przodu), Joanny Jagiełło Kawa z kardamonem. Joasia to wprawdzie moja koleżanka i mogę nie być obiektywna, ale na szczęście książkę dostrzeżono tyle razy, że nie muszę się martwić, nazywając ją po prostu „dobrą”.

Bohaterką Kawy z kardamonem jest nastolatka rzecz jasna i jak każdy człowiek ma ona swoje środowisko rodzinne i koleżanki. I o to środowisko właśnie chodzi mi najbardziej. Bohaterka Kawy… ma mamę i ojczyma i nie jest to jakiś problem, to po prostu fakt, jak ten, że lat ma tyle a tyle, pokoi w mieszkaniu tyle. No dobrze, upraszczam. Chodzi o to, że w książce Ten obcy, jeśliby ktoś miał ojczyma, mówiłby o tym szeptem. Nawet najbliższej przyjaciółce. Bo w książce Jurgielewiczowej przyjaciółki nie zwierzają się sobie, choć nawet chcą, nawet trochę tego pragną (autorka naprawdę niezłym psychologiem była!), ale w efekcie czegoś brakuje, jakiegoś… społecznego przyzwolenia na szept. Zwyczaju traktującego jako rzecz oczywistą, że mówię bliskim o tym i o tamtym. Dziś koledzy Zenka nie byliby zdumieni, ba, zszokowani, że on nie jest po prostu „fajny” i „niezależny” i „tak sobie jeździ autostopem, że też mu pozwalają”, ale od razu by w łebkach zapaliła się lampka, że chłopiec po prostu ma problemy. Bo problemy przestały być tabu. Do tego stopnia, że – dzięki Bogu – nikt nie jest wytresowany, aby dusić je w sobie.

Ok, funkcjonując na Facebooku dość intensywnie czuję się zniesmaczona wywalaniem swojego życia w postach, pisaniem o kłótni z chłopakiem, o stresie, bo dziecko wykazuje autystyczne skłonności itd. Ale na litość, jest to najnormalniejsze na świecie, że ktoś do mnie dzwoni, żeby mi o tym opowiedzieć, bo nie ma siły trzymać na żołądku dziesięciu ton. I właściwie uważam to za piękne, że współczesna młodzież, nawet czytając nowe książki, będzie wiedzieć, że żaden to wstyd, że tata zostawił mamę, no smutne, cholernie smutne, na pewno też ciężkie do przetrawienia przez długie lata, ale nie jest to u diabła moja wina, moja skaza, moje małe tabu, o którym nie umiem opowiedzieć najbliższej osobie! Podsumowując: chwała ci współczesny świecie za najbliższe osoby!

Toteż czytając Jurgielewiczową po kilkunastu latach, dochodzę do wniosku, że choć mądra kobieta była, choć bohaterowie jej nieplastikowi, wzruszający i skrojeni na modłę epoki, to jednak cieszę się, że współczesne dzieciaki, roszczeniowe, obrażalskie, nudzące się po pięciu minutach, zarozumiałe i przekonane, że są ósmym cudem świata, nie są TAMTYMI, wzbudzającymi sympatię dziećmi. Że może i bardziej irytują, ale mogą sobie pogadać między sobą i wiedzą, że świat się nie zawali od szczerości. Bo szczerość to hit ponadczasowy. I w życiu i w literaturze, a już zwłaszcza tej lekko z samej swej natury dydaktycznej.


Tekst opublikowany pierwotnie w 59 numerze Kwartalnika Literacko-Artystycznego „Szafa”.