II Miejsce w XXIX konkursie im. Zbigniewa Herberta „O liść konwalii” (Toruń 2015)

 

Dom

najpierw były niedoczyszczone karnisze i fugi
sierść psa coraz bardziej skołtuniona –
tak dom przyznał cicho i bez rozgłosu
że nie ma nic bardziej skończonego
niż wieczność.

ale, ale – ostrożnie z histerią
gdy nadchodzi zbyt wcześnie jest śmieszna i deformuje twarz
a przecież oczywista kolej rzeczy
to nie śmierć motocyklisty,
mamy więc czas

aby nauczyć się jak zlizywać smak końca
z własnej dłoni, jak przyjąć za dobrą monetę drobne remonty
wymianę klamek zapach sernika i zielone igły
wymiatane wraz z ciężkim grudniem
spod puszystego dywanu.

potem już tylko zdjęcia – koła ratunkowe
natrętnej pamięci.

moja szyja schudnie (a może przeciwnie, może wszystko
pójdzie w tłuszcz w podbródek), gałąź ręki będzie
w powietrzu na ślepo szukać
gładkiego psiego karku
przemielonego czterokrotnie twarogu.

 

karmić przyszłość z ręki

kiedy mężczyzna śpi lub wychodzi do drugiego pokoju
kobieta oswaja się na wszelki wypadek
ze śmiercią. na kiju wiąże woreczek, w nim
ogórki kiszone mielonka kawa. dopiero potem
woła ją – całą klekoczącą.
tańczą po pokoju za ręce
do niegustownej muzyki.

śmierć rusza szczęką rytmicznie, mówi:
to statystyka ich morduje i ukrywa satysfakcję gdy
kobiecy płacz nie może już dłużej przeciążać gruczołów
kanalików, jamy nosowej i zaczyna się fontanna łez a za nią
cały potop, wizja trupów, przemowa jak z pogrzebu
pana wołodyjowskiego.

przy ostatnim piruecie kobieta snuje plany
samobójstwa z tęsknoty a śmierć nie może
już wytrzymać. śmieje się a ze śmiechu boli ją
cały odsłonięty szkielet i stukot robi się nieznośny.

– och zamilcz koścista suko, bo on już się budzi, szeleści pościel
lub w drugim pokoju słychać kroki, palce obejmują klamkę.
pada pytanie czy coś się stało.
– nie.
– jeszcze nie.