Krótka historia nieświadomości

Karol przyjechał wreszcie na ostatni nieuświadomiony skrawek ziemi. Wziął ze sobą wszystko: bezprzewodowy internet, serię wykładów od Johna Stuarta Milla po najnowszy feminizm, dziesięć dowodów na nieistnienie Boga, przewodnik dbania o higienę intymną i transparenty z wielkimi napisami „It is not too late”.

Mieszkańcy Stepbacklandii znali już angielski, ale wciąż używali także własnego dialektu. Chciał im uświadomić, że to niepotrzebne, bo dialekty się skończyły wraz z dinozaurami.

Ona pomagała mu każdego dnia, z zapałem, zachwycała się szczególnie aktywnością a la fitness i ideą równości płci. Ćwiczyła z ciężarkami na stepie pod palmą, a on patrzył z przyjemnością, jak z dnia na dzień ujędrniają się jej czekoladowe pośladki. Szybko weszła na następny szczebel wtajemniczenia, zaczęła prowadzić wykłady w kolejce po melony i opowiadać o względności wszelkich przekonań swoim kuzynkom i sąsiadkom. O tym, że ich własne zdanie jest najważniejsze, ich własne wybory najwłaściwsze, a zatem nie mogą wierzyć w obiektywną prawdę, nawet jeżeli wypowiadają ją starcy ze Stepbacklandzkiej Górki pod wpływem Stepbacklandzkiego Boga Ruru.
– To wspaniałe! – dzieliła się nowinami z Karolem – Hajla odkryła, że może ujędrniać piersi bez zgody Czałaja!
– Nie uwierzysz! Ndugu oświadczyła swojemu ojcu, że nie wyjdzie za Honuba!

Gapiła się na niego jak na bóstwo, robiła mu co dzień galaretkę z awokado i wyznawała miłość, lecz on, rozplatając jej ręce ze swojej szyi, powtarzał, że tak nie wolno, że nie można aż tak podziwiać, że jesteśmy równi, każda płeć jest dobra, każda ideologia jest dobra, a każdy brak przemocy jest zły.

Najbardziej lubiła równość. Ojciec uderzył ją, gdy wspomniała o ślubie z Karolem, wtedy ona uderzyła jego. Osłupiał i zaczął czytać Milla. Czytał coraz bardziej zawzięcie, potem nawet pomógł im rozebrać świątynię Boga Ruru.

Szamani masowo podcinali sobie żyły z rozpaczy, ich krew sikała po twarzach wszystkich zebranych gapiów. Karol rzucił się by ich ratować, ale ona go zatrzymała. Gdy stał, blady jak ściana, powiewając bezradnie bandażami, przypomniała mu, stanowczo i ze zgrozą, że każdy ma prawo decydować o swoim życiu, nawet ociemniały od zabobonów szaman.

Ale o wyjeździe zaczął mówić dopiero wtedy, kiedy ona zaczęła mówić o ślubie.
– Może być w twoim, lepszym obrządku – powiedziała z rozpaczą, łapiąc się nieznanej Europy jak naostrzonych zębów rekina.
– Każdy obrządek jest równie zły! – wrzasnął Karol i następnego dnia już go nie było.

Ona wyła piętnaście dni i piętnaście nocy, w poduszkę ze sztucznego puchu, która, jak w każdej już chyba chacie, zastąpiła puchate poduchy z alergicznej, jak się okazało, skóry stepbacklandzkich piżmaków.

(Ciążę usunęła nowoczesnymi środkami, które były już dostępne, dzięki Karolowi. Apteka pod bambusem zyskiwała krocie na rozprzestrzenianiu tabletek wczesno i późnoporonnych, choć kolejki po nie ustawiały się na ogół w nocy. Za dnia kupowano raczej gałki oczne kolibrów, dobre na bóle pleców i karku. Poza tym Stepbacklandzkie kobiety, choć łykały tabletki garściami, robiły to z przyzwyczajenia tylko przy świetle Księżyca, w bezpiecznym oddaleniu od swoich wytatuowanych w piżmaki mężów).

Ojciec też płakał.
– Żal ci wnuka? – zapytała, może nawet wzruszona. W odpowiedzi pokazał jej kawałki rubinów, które kiedyś ozdabiały świątynię.
– Myślałem, że jak się z tobą ożeni wygonicie kapłanów i zostanę królem – powiedział. Opuchnięte oczy posmarował żelem Vichy na obrzęki dla panów po sześćdziesiątce.

Zginął dwa lata później w walkach między kapłanami Stepbacklandboga a tym, którzy z rubinów wybudowali pomnik Karolowi.

Opowiadanie wyróżnione w konkursie portalu Wywrota.pl na prozę „bizarro fiction”.