Książka dla zupełnie kogoś innego

Zatytułowałam recenzję zanim zaczęłam pisać. Teraz mam problem ze zdefiniowaniem, kim jest „ktoś inny”. Bo nie miałam na myśli bynajmniej tego, że książka Weroniki Murek pt. Uprawa roślin południowych metodą Miczurina nie jest dla mnie.

Tylko czy w ten sposób ja się nie stałam z definicji narzuconej przez samą siebie „kimś innym”?

Mało to ważne. Nie logika rządzi w świecie, zwłaszcza w świecie z Uprawy roślin…, ale forma jakiejś niezwykłej totalności. Tak, jestem zadowolona ze słowa, którego użyłam: totalności. Gdzieś w połowie drugiego opowiadania zaczęłam się bać, że po skończeniu całości będę musiała przeczytać na nowo „Lalkę” Bolesława Prusa, żeby uwierzyć w realizm. I że nigdy, nigdy już się nie spojrzę w lustro z samozadowoleniem wyrażającym świadomość, iż oto nienajgorzej działa u mnie wyobraźnia. Bo ona w ogóle nie działa, ale dopiero teraz to wiem. Nie wyhodowałam i nie wyhoduję tyle absurdu. I tyle czarnego humoru. Dlatego jednak muszę po Uprawie roślin…. nieco odpocząć.

Próbka, proszę bardzo:

„Na stole w dużym pokoju ułożono ciało. Było nagie i chłopiec spuścił szybko wzrok; o tym, że było martwe, nie myślał, u nich w domu dotychczas się nie umierało – to nagość przerażała go najbardziej. Trzy nogi stołowe stały w miskach, jedna z doniczce; do naczyń nalano wody, żeby odciąć dostęp mrówkom, które już zaczynały gromadzić się w pokoju: czarne strzępy na jasnej posadzce. Matka uniosła nieco sukienkę i deptała je metodycznie, bez zapału.

– Do słodkiego idą – powiedziała.

Toaletnik zdjął kurtkę, podszedł bliżej […]. Uniósł zmarłej powiekę, w policzek zapukał dwa razy. Odpowiedziały mu dwa okrągłe, szare dźwięki: dwa krążki dymu puszczonego z fajeczki […]. Potem wyciągnął złoty nożyk, rozciął skórę na mostku, rozchylił klatkę piersiową […] wyczuł jeszcze wyraźnie garb ciepłego powietrza, obcą narośl na różanym płacie tłuszczu.”

Niemniej: dwa pierwsze opowiadania najlepsze moim skromnym zdaniem. Całość w pewnym sensie męcząca, ale nie jest to zły sens. To zmęczenie, które przypomina robienie czegoś zupełnie od nowa, przerzucanie się z deskorolki na łyżwy, z samochodu na obcasy. Tyle, że jak się wszystkie opowiadania czyta ciurkiem, to pojawia się także szczególnego rodzaju znużenie, jakby mózg był nieprzygotowany na taką dawkę głupiego Jasia z amfą. Dlatego polecam przetykać te opowiadania inną prozą, czytać je ostrożnie i nie szukać w nich odpowiedzi na pytania – nieważne zresztą jakie. Po prostu wyłączyć wszystkie czerwone lampki z wielkim napisem TABU i czytać. Ale zagryzać tylko cytrynowym sorbetem w szampanie z olejem z sardynek.

Przy okazji i zupełnie już na serio, a także bardzo na plus: opowiadania ze zbioru nie są wyłącznie „dla zupełnie kogoś innego”, one są także najzwyczajniej w świecie zupełnie inne. A inne niż co, na przykład? A na przykład niż literatura polska współczesna od Masłowskiej w górę. Bo bluzga tu panie nie uświadczysz, opisów paskudnej Polski jak wyżej. I korpoświata zero i seksu, zero koksu, zero gejów, zero Holokaustu, zero biedy. Tylko świat, jakiego wcale nie ma.

W sumie szkoda, że nie ma…