Bielik-Robson pozwala żyć i pozwala się czytać

Z założenia nie recenzuję książek o pachnących jeszcze okładkach, w myśl naiwnej zasady, że nie są to produkty Apple`a, które – tuż po wydaniu – znać trzeba natychmiast, bo za tydzień będą passe. Z drugiej strony jednak, coś wspaniałego jeszcze pięć lat temu nagle okazuje się dinozaurem. Oczywiście nie dotyczy to wielkiej literatury, która niezależnie od czasów będzie wielka, ale pozycji, których właściwie nie czytuję: wrażliwych na geopolityczne zmiany analiz słynnych publicystów, cyklu opublikowanych felietonów politycznych wydanych w ściśle określonym przedziale czasu albo pozycji typu historical, political fiction, które coś tam prorokują, ale na szczęście lub nieszczęście ich proroctwa mają się nijak do faktycznej przyszłości.

Teraz jestem w kropce. Bo nie tylko nie czytuję publicystycznych analiz (inaczej: czytuję, ale w prasie, nie w książce), ale i za wywiadami nie przepadam. Więc dlaczego akurat Żyj i pozwól żyć, a więc wywiad-rzeka, znalazła się na warsztacie? Chyba dlatego, że w dzisiejszym kraju, bynajmniej nie biało-czerwonym, a czarno-białym, dobrze rozmazywać paluchem po własnym mózgu odcienie szarości. Czyli z kimś (autorem) się trochę zgadzać, trochę nie, być zasadniczo w jednej paczce (w paczce wrogów ekstremizmów i nacjonalizmów), ale z drugiej strony w kontrze (z Krytyką Polityczną i nową lewicą nie jestem za pan brat, no way).

Wniosek? Dobrze sobie poczytać czyjeś zdanie, choć sprzed kilku lat, nawet jak się nie lubi TAKIEJ literatury. A dlaczego dobrze? Bo jak ma coś kilkaset stron, a nie tytuł w nagłówku, zdanie leadu i trzy zdania komentarza, to nad czymś się tam człowiek zastanowi. Z Bielik-Robson się nie ziewa, bo ona przeskakuje z dysput intelektualnych w plotki, taka babska jest. Można sobie wyobrazić, że jak jest się jej koleżanką, to nie odpowiada z powściągliwą miną na intymne pytania, że „To chyba moja sprawa”. Czyli czipsy można w trakcie lektury podjadać, bo trąci Pudelkiem chwilami, co wcale nie jest z moje strony uwagą krytyczną. Ja też lubię się zwierzać, tylko mnie nikt nie pyta.

Teraz trochę prywaty. Ja dostałam książkę od J., a on powiedział, że daje mi ją po to, żebym zweryfikowała poglądy. Co mnie zdziwiło to to, że nic mi niczego nie zweryfikowało, bo zasadniczo uznałam linię rozumowania (tę prezentowaną w książce) za jakoś tam zgodną z moją linią, może w 75, może w 80 procentach, ale jednak… Więc okazało się, że J. mnie nie zna dobrze, ale pożywki dostarczył, i nie tylko intelektualnej. Bo czasami to Bielik-Robson jest nawet śmieszna, w tym dobrym sensie.

Podsumowując: dlaczego polecam?  Z uwagi na fragmenty, które są po mojej myśli, jak i te, które nie są. Są po mojej na przykład uwagi o feminizmie, za które bym ją wyściskała, nie mimo, a właśnie dlatego, że jest związana jakoś tam z Krytyką. Uwagi są super celne i wspaniałe. Cytuję:

„[…] dopóki kobieta jest tylko kobietą – bez względu na to, czy tradycyjną, czy wyemancypowaną – dopóki kobiecość stanowi główny kwantyfikator, który ją przede wszystkim określa […]. Mężczyźni od tysiącleci, a zwłaszcza twórczy mężczyźni, mają przywilej myślenia o sobie jako o indywiduach, nie myślą o sobie wyłącznie jako o mężczyznach […]. Ja bym chciała dożyć momentu, w którym kobiety przejdą ten prób indywiduacji. Nie mówię, że Agnieszka Graff albo Kazia Szczuka nie są jednostkami. Ależ są, jak najbardziej […] ale też chciałabym, żeby kobiety przestały upajać się swoją kobiecością”.

I – dodałabym od siebie – skupiać się na procentowej liczbie książek wydanych przez nie, na liczbie zaproszonych na festiwale kobiet itepe itede, a zamiast tego – energię spalać, pisząc wiersze, czy coś tam. Najlepiej dobre.

Albo taka fajna uwaga o marksizmie:

„Nie kupuję ani jednego słowa na temat proletariatu u Marksa, to jest ślepa plamka całej jego konstrukcji […]. To jest zły mesjanizm – ja nie znoszę retoryki narodu wybranego we wszystkich jej postaciach, także i w takiej parafrazie. Dlaczego proletariat miałby być nagle «wybrany»?”.

Po za tym, ciągnąc temat dziwnej konstrukcji myślowej, do której coraz bardziej przywiązują się różni idealiści o delikatnym stopniu szaleństwa i sporej dozie naiwności, proletariat chciał być burżuazją i nie miał ochoty na żadną rewolucję. Na tę ostatnią mieli ochotę wyłącznie gnębieni chłopi z carskiego imperium. Tak twierdzi B.R. i z radością oznajmiam, że tak twierdzę i ja.

Pamiętam swoją drogą, choć wolałabym zapomnieć, że podczas lektury podobało mi się też takie psychologiczne wyjaśnienie pewnych zjawisk bynajmniej NIE po mojej myśli. Na przykład o wiecznym zadzieraniu nosa tych, którym jakoś tam od lat kibicuję. O tym, że „pacyfikacja radykałów” i betonu przyniosła odwrotne skutki, z którymi musimy się mierzyć my dziś, i to dziś dosłownie. I niestety, także jutro i także dosłownie.

Ale najważniejszy, najbardziej ważki, piękny, wzniosły i cudowny, choć przecież banalny jest tytuł: Żyj i pozwól żyć. Po prostu. Toteż pozwalam i nie zmuszam do lektury. Ale zachęcać raczej zachęcam, choć z uwagą, że jak ktoś – jako i ja – nie kocha wywiadów i analiz, to fragmentami będzie sobie myślał o tym, kiedy już może wrócić na przykład do pozostawionej z jakichś względów na innej półce powieści.