„Zabić gołębia”: literatura młodzieżowa dla dorosłych

Powiedzmy sobie, że starotestamentowy Józef, tłumacząc sen o krowach faraonowi, zdiagnozował w pewnym sensie stan przeciętnego czytelnika literatury pięknej: oto po siedmiu latach tłustych następują zwykle chude. I na odwrót. Ja obecnie tkwię w rozkosznej fazie tłustości, bo nawet jeżeli nie czytam arcydzieł, to czytam także dobre i bardzo dobre książki („także” – nie: „wyłącznie”), smakuję je i oblizuję wargi. A czasem na koniec nawet płaczę. Nie cynicznie – prawdziwie.

Zabić gołębia to książka właściwie młodzieżowa, napisana przez człowieka, który pracował w ośrodku opieki społecznej. Może dlatego uwierzyć można było mu od razu, od pierwszych stron. W osobę Harriego i w świat londyńskiego, czarnego blokowiska, w którym nie ma może jednej wielkiej Brazylii i nie ginie dziennie ileś tam osób, ale jednak strach jest. Dziecięcy strach i dorosły strach. A w tle strachu szkoła, wygłupy, place zabaw, sport, rodzina, emigracja, wyobraźnia.

Nie chcę powtarzać po innych, ale muszę: napisanie książki z perspektywy dziecka-narratora jest cholernie trudne. Wymaga chociażby używania specyficznego języka, który to specyficzny język ma być wyrazem specyficznego myślenia. Jak nie popaść w infantylizm? Ja nie wiem, nie wiedziałabym. Stephen Kelman wiedział. I dlatego równie prawdziwe są całkiem poważne myśli Harriego, jak i to, że wdepnięcie w kreskę między płytkami chodnika powoduje zadanie dużej pracy domowej. Pewną nieudawaną grozę ma w sobie jego naiwne opisywanie rzeczywistości, które dorosły czytelnik dobrze zrozumie (kij partnera jego ciotki zwany „Przekonywaczem”, zachowania matki), jak i momenty, w których wydaje się, że Harri zejdzie na tak zwaną złą drogę, że zbyt mocno będzie zależało mu na nastoletniej, chuligańskiej bandzie i w końcu przekroczy tę trudną do określenia granicę, po przejściu której człowiek nie budzi już sympatię, a tylko wstręt.

Z psychologicznego punktu widzenia w każdym razie cała opowieść jest kompletnie do kupienia, głównie dzięki temu, że nie ma w niej czerni i bieli. Chłopca śmieszy bekanie i pierdzenie, nie robi na nim wielkiego wrażenia, że starszy i silniejszy odbierze młodszemu kilka funtów, ale gdy majaczy się już w tym wszystkim zło, groźne zło, prawdziwe zło, to jego reakcje są takie właśnie… takie akurat. Nie idzie jako ten anioł z pochodnią na czele procesji dobra, nie unika zupełnie zła, rzucać kamieniami w szyby autobusów sobie porzuca, no i generalnie: lawiruje. I swoim lawirowaniem wciąga w ten kompletnie inny, obcy świat londyńskich gett, który przecież właściwie nawet mnie szczególnie nie obchodzi.

I cóż, książka nie jest wiekopomnym dziełem sztuki, nie jest nawet szczególnie artystyczna, nie ma ekwilibrystyki na modłę Rushdiego, to raczej surowość a la Cotzee, tylko pozbawiona rozważań natury filozoficznej: taka dość mocna, wzruszająca obyczajówka. Uniesień lingwistycznych zatem drogi czytelniku nie będzie, analiz filozoficznych też nie, ale trudno, żeby były: szto dziecko gada. I cóż, zbyt nachalne było moim zdaniem pojawianie się tytułowego, symbolicznego gołębia, ale za to pod koniec ta nachalność została zrównoważona, jak to mówią: wyjaśniło się. Poza tym cała końcówka była przeze mnie wchłaniana z zaciśniętym sercem i żołądkiem, i dopiero kiedy pan z metra mówił, uwaga, stacja końcowa, prosimy o opuszczenie pojazdu, to ja się orientowałam, że nie, nie jestem w Londynie i nie mam z Harrim i czarnym blokowiskiem nic wspólnego, nigdy nie miałam i mieć nie będę. Na szczęście.