Wreszcie „Morfina”, która działa!

Ależ będę nieoryginalna! Ależ wtórna! Tak. Przyznaję, kłaniam się, zachwycam. Gdy po Wiecznym Grunwaldzie oskarżyłam w duchu Szczepana Twardocha, że być może nie trafi na moją subiektywną listę faworytów, tak po Morfinie wiem, że tylko zupełny kicz w jego wykonaniu mógłby mi kazać z listy owej go usunąć. Pokłony!

Powieść, na jaką czekałam. Wciągająca. Inna. Wywołująca emocje. I niebanalna, przede wszystkim niebanalna, niejednorodna, nieoczywista, nieskażona czernią i bielą, zupełnie, zupełnie innowacyjna. Ktoś się przyczepi (na portalach czytałam, wśród nielicznych głosów krytycznych), że formy było zbyt wiele, a gdy treści nie starczało, zastępował ją autor zabawą językiem. Tyle, że właśnie z tym nie zgadzam się przede wszystkim. Bo – o formie później – właśnie treść rzuciła mnie na kolana.

Ach, treść!

Dlaczego? Mamy oto Konstantego Willemana. Pół-Ślązak, pół-Niemiec, ale żona Polka, a teść endek. Wrzesień 1939, bohater wstępuje do polskiego wojska, nie w jakimś porywie serca, w porywie historii bardziej, a potem, gdy dla polskiej konspiracji udaje Niemca, zaczyna zupełnie gubić własną tożsamość. Nigdy nie był typowym „patriotą z dwudziestolecia” (o ile tacy byli istotnie „typowi”, o ile to nie jest jakiś statystycznie naciągnięty mit i o ile najbardziej znamiennymi dla Pokolenia Kolumbów nie są słowa Baczyńskiego o „głupiej miłości”), czyli człowiekiem zdeklarowanym i oficjalnie i przed samym sobą jako sługa orła białego. Znamienny fragmencik z żoną i teściem w tle:

„- Tato ma prośbę do ciebie. Trzeba zanieść paczkę do takiej jednej Łubieńskiej, na plac Zbawiciela. Boję się, wolałabym, żebyś nie niósł, bo to coś takiego jest, że jak cię z tym złapią, to rozstrzelają […].
I znowu, znowu małe próby Heli. Czy mój Kostuś okaże się godzien wspaniałych tradycji niepodległościowych naszej rodziny? Czy okaże się człowiekiem tak odważnym, jak odważny powinien być mąż Heleny Willemann de domo Peszkowskiej herbu Jastrzębiec? Czy nie boi się śmierci?
Czy mój Kostuś godzien jest nazywać się Polakiem? Pierdolenie.
Myślę, że Hela życzy mi śmierci. Chciałaby zostać wdową w czerń spowitą, pielęgnować mój grób z krzyżem brzozowym”

I ja oczekiwałam, że pójdzie to w tę stronę. Że z Polaka, który czuje w sobie cień Niemca, Konstanty, zmieniając mundur, stanie się Niemcem, który czuje w sobie cień Polaka, ale nie. Nie. to byłoby za proste. Wystarczyłoby, żeby Morfiną się zachwycić, ale byłoby nie aż tak wspaniałe. Bo najważniejsze w kontekście całej książki jest to, jak w ogóle postać Kostka się nam objawia – najpierw jako człowiek słaby, uzależniony od tego, co myślą o nim ludzie, kobiety. Raz stanowczy i okrutny, raz miękki jak żółw pod skorupką, uległy, skamlący. Raz porywczy, raz kompromisowy, słaby, taki… ludzki. Cudownie ludzki. Wchodzący w role, zły na siebie za wchodzenie w role, zagubiony i cholernie niesympatyczny naraz. Kłamca, kanciarz, dziwkarz. Kochający ojciec. I w tym wszystkim jego myślenie o samym sobie, zagmatwane przez 80 proc. powieści zastanawianie się, czy jestem Polakiem czy Niemcem, dziwkarzem, morfinistą czy ojcem, toczy się po to, aby w końcu, na ostatnich stronach zabrzmiało zdanie: „Jestem Konstanty Willeman”. Nie: „nazywam się”. Ale „jestem”.

Pozazdrościć pewności…

I to zdanie mnie zachwyciło najbardziej, w jego kontekście nieważny był czas historyczny, przodkowie, matka Ślązaczka, teść endek i ojciec Niemiec-weteran, nieważne były te kobiety, które się pojawiają, narkotyki, pokusy, alkohol, pieniądze i inne słabości.

Mało tego, treścią można się pozachwycać w wielu aspektach. Bohater, Konstanty to nie wszystko. Wrażenie zrobiła na mnie dbałość o postaci trzecioplanowe. Uwielbiam taki sposób dookreślania rzeczywistości. Mijamy kogoś, jest nieważny, ot, siedział obok w pociągu albo coś w tym stylu. Na przykład Panna Alicja, jedyny damski gość podczas jakichś tam wspominanych w którymś momencie książki dawnych wakacji, która dla Konstantego znaczenia nie ma wcale, ale narrator nie szczędzi szczegółów:

„Pewnego dnia do jej mieszkania przyjdzie sowiecki starszyzna o żółtych włosach. Zgwałci ją bez okrucieństwa, nie zbije nawet […]. Dwa miesiące później, w pociągu na wschód, zorientuje się panna Alicja, że jest w ciąży…”

I tak dalej. Przy okazji dowiemy się, jak skończy i „sowiecki starszyzna” i wiele innych postaci tła. Świetny zabieg!

Ach, klimat!

Na początku mroki pierwszych dni okupacji. Dobrze oddane, smutne, przechodzi dreszcz, wyobraźnia działa na najwyższych obrotach: więc tak to wyglądało! Później pojawia się coś niepokojącego, coś, co łączy Twardocha z Morfiny z Twardochem Wiecznego Grunwaldu, czyli… trudne do zidentyfikowania okrucieństwo. Okrucieństwo? Nie, złe słowo. Chłód. Ale taki bijący – podejrzewałabym – nawet ze źródła, od samego autora. Takie mam wrażenie oczywiście, wrażenie, nie stwierdzenie. Że gdzieś tam między wierszami tańcuje jakiś nihilizm. Pogarda. Niezakorzenienie. Zimna ręka obejmująca płuco.

I z takim uczuciem odeszłabym od książki, gdybym zakończyła ją w połowie. A to te ostatnie strony wszystko zmieniają. I to – mistrzostwo – wcale nie nagle, raczej stopniowo, oto lód topi się w pięciu stopniach Celsjusza, nawet czterech, powoli, niezauważalnie. Promienie ultrafioletowe przebijają przez chmury, chociaż słońca nie widać w sensie dosłownym. Jakoś tak. I zlodowacenie klimatu ustępuje bardzo niewyraźnej, lekkiej czułości.

Ach… forma?

Tak, znak zapytania. Tutaj jestem ostrożniejsza. Ostrożniejsza z odcieniem negatywnym względem pisarstwa Twardocha i odcieniem pozytywnym naraz. Pozytywny: pisarzu polski, cokolwiek sobie poeksperymentujesz, każdy cię zgani natychmiast za nadmiar formy i udawanie Gombrowicza, taki mamy klimat, sorry. Więc nie przejmuj się, nie daj sobie wmówić, bo wcale nie udajesz, kieliszek w górę. Negatywny: no ale właściwie, kurcze, czy jednak nie za dużo tej formy właśnie? Czy tych strumieni świadomości nie było zbyt wiele? Tego cienia, który w tyle głowy Konstantego przemawia, a który – do samego końca powieści – pozostaje nie-wiadomo-czym (archetypem dręczącej matki? upersonifikowaną intuicją? podświadomością? to ostatnie chyba najbardziej…).

W każdym razie, choć wiem, że zachwyty te są mało rynkowe, bo czas pędzi i wydana kilka lat temu Morfina już jest w mniemaniu niektórych starociem, to jednak przykład stanowię z rękami i nogami na to, że nie jest za późno, by po nią sięgnąć. I bardzo dobrze.