Dlaczego Anglosasi?

Anglosasi nie są aniołami. Rozwalają stadiony, oszukują sojuszników w czasie wojen i mówią z dziwnym akcentem. Ale to oni wymyślili Monty Pythona, a ich reprezentanci królują wśród tak zwanych filozofów analitycznych. A poza tym piszą grube powieści w twardych okładkach, które na ogół nie dotyczą honoru, historii, czy uwikłania jednostki w wielkie skoki cywilizacyjne. To dlatego tekst niniejszy będzie peanem na ich cześć. Przy okazji uprzedzam: pean ów będzie równie ogólnikowy i nieobiektywny, co wstęp – ale zapewniam: ma ku temu podstawy!

Filozofia

Zacznijmy od filozofii. Filozofię w ogóle możemy z uproszczeniem podzielić na dwa, funkcjonujące niezmiennie obok siebie sposoby rozumowania. Analityczny i tzw. kontynentalny. Temu, komu podział ten nic nie mówi, nie wnikając w meandry tej skomplikowanej bądź co bądź nauki, przytoczę wierszyk Tadeusza Kotarbińskiego, po którym łatwiej będzie to wszystko zrozumieć:

„Do jasnych dążąc głębin — nie mógł trafić w sedno
Śledź pewien, obdarzony naturą wybredną.
Dokądkolwiek wędrował, zawsze nadaremno:
Tu jasno, ale płytko — tam głębia, lecz ciemno.”

Śledź anglosaski wybrał jasność. W filozoficznych wodach zimnej północy chodzi bowiem głównie o komunikatywność przekazu, siłę argumentacji, o wyniki… Filozofia analityczna, kojarzona głównie z Wyspami Brytyjskimi i ośrodkiem w Cambridge, nie spekuluje. Analizuje. Filozofia kontynentalna z kolei pomaga naszemu śledziowi w poszukiwaniu głębi i oryginalności. Jej przedstawiciele bawią się językiem, a przy okazji, szukając prawdy przez duże pe, zaciemniają obraz. A prawdy nie znajdują.

Zacytujmy tu na przykład Martina Heideggera: „Tam, gdzie świat czyni się obrazem, byt w całości zakłada się jako coś, na co człowiek się nastawia i co chce zatem pozwać przed siebie, mieć przed sobą. Światoobraz w rozumieniu istotnym nie oznacza więc obrazu świata, lecz świat pojmowany jako obraz. W tym ujęciu byt w całości bytuje dopiero i tylko o tyle, o ile postanawia go człowiek, który przedstawia i dostawia, wytwarza. Tam, gdzie powstaje światoobraz, zapada istotna decyzja o bycie w całości. Bycia bytu poszukuje się i znajduje się je w tym, że jest on przedstawiany”.

Jakiś komentarz? Bytowanie komentarza?

Literatura niepoważna i tematyka rodzinna w miejsce historycznej

Powiedzmy sobie wprost: literaci zafascynowani Heideggerem po prostu nie mogą, jak sądzę, napisać niczego dowcipnego. Albo czegoś, co nie porusza zagadnienia „bycia bytu”, a opowiada na przykład o życiu amerykańskiej rodziny z przedmieść.

Bo właśnie to stanowi potęgę anglosaskich twórców. Pomijam słynne poczucie humoru, absurdalnych Trzech panów w łódce, nie licząc psa, co klasykiem jest nad klasyki, i inne przykłady tego rodzaju. Bo tu nawet nie tylko o poczucie humoru chodzi. Ale o to, że osią, ba, mięsem wielu powieści z tego kręgu kulturowego, jest zwykłe wydarzenie. Życie mieszkańców małego miasteczka (jak w Trafnym wyborze Rowling) lub problemy przeciętnej rodziny (Korekty Franzena). Bez historii w tle. I bez „prawdy”. Co nie oznacza, że są płytkie, nie. Zagadnienia natury etycznej obecne są tam w dwójnasób, choć nie polegają na wielkich wyborach, nie towarzyszy im monolog każdego z braci Karamazow osobno, ani rozważania Obcego Camusa. I nikt o nich przez dwadzieścia stron ciurkiem o moralności nie mówi.

Akceptacja życia takiego, jakim jest

Podkreślić chcę raz jeszcze, grubą, czerwoną kreską to, iż podział na Anglosasów i „tych kontynentalnych” to podział ze względu na sposób myślenia, nie kolor oczy czy typ karnacji. Po prostu tak się ułożyło, że „zwykłe życie” jako temat częściej dominuje w prozie amerykańskiej czy brytyjskiej, a wielkie rzeczy świata tego – w kontynentalnej. Stąd uproszczenia. Bo tak naprawdę linią demarkacyjną jest tu… fakt akceptacji życia takim, jakie jest.

Nie, nie akceptacji czyjegoś indywidualnego życia. Bohaterowie wspomnianych powieści anglosaskich są pokręceni emocjonalnie nie gorzej niż Faust. Chodzi bardziej o to, że w poszukiwaniu siebie, w rozwiązywaniu problemów, anglosaski sposób myślenia nie stara się dowieść, że pod wieloma warstwami kryje się jakaś wielka prawda o bycie, wszechświecie albo o „człowieku w ogóle”. Oni wiedzą, że człowiek to takie trochę zwierzę, że życie społeczne wyzwala walkę o siebie samego, uruchamia łokcie. I wiedzą, że tak jest, więc o tym nie gadają. Skupiają się na akcji…

Rozjaśnię rozważania przykładem. Pewnego pięknego wieczoru spacerowałam ani chybi w świetle Księżyca i to z mężczyzną. Świtezianka jak się patrzy, choć miastowa. Powiedziałam do towarzysza: „ten Księżyc ma zawsze taką rozpaczliwą gębę”. A potem przypomniał mi się rysunek z Encyklopedii dla dzieci, którą wertowałam, mając kilka lat. I to, że „twarz Księżyca” była ładnie objaśniona, że tam są takie góry na jego powierzchni i w ogóle… O tym też opowiedziałam. „To byłaś zawiedziona, jak się dowiedziałaś?”, spytał. A mnie zatkało. Że skąd. Byłam zachwycona. Po co mam udawać, że tam nie ma skał? Przecież są. A przy okazji jest rozpaczliwa gęba, bo przecież ją widzę. Poezja nie wyklucza prozy. Ani nauki. I to jest akceptacja świata takiego, jakim jest. Góry na Księżycu i walka na łokcie w świecie społecznym, i już.

Swoją drogą: naprawdę poznałam dziewczynę niedawno, osiemnastoletnią, która nie chciała wiedzieć, jak działa zorza polarna, „bo ta wiedza wszystko jej zniszczy”.

Oho… Bycie bytu.

A Polacy?

A Polacy, jak każdy naród, dzieli się na Anglosasów i kontynentalsów. Choć tych drugich jest więcej. Z jednej strony mamy Szymborską, Anglosaskę do potęgi, która, nobliwa i otaczana estymą, nie wahała się publikować rzeczy zupełnie niepoważnych, zupełnie na serio, a jej limeryki, moskaliki i lepieje opublikowane zostały nawet w zbiorze, w nietypowych dla polskiej poezji Rymowankach dla dużych dzieci. Z drugiej strony – kontynentalizm mamy we krwi. Bo wielkie sprawy to wszak nasze sprawy. Nazywam się milijon bo za milijony kocham i cierpię i katusze.

Warto tu uściślić: z tej „drugiej”, kontynentalnej strony, mamy powieści, którym nie można odmówić mrugnięcia okiem, humoru… Ale, powiedzmy sobie szczerze, w tym mrugnięciu jest pełna powaga! Morfina Szczepana Twardocha, choć z dystansem, mówi o poszukiwaniu tożsamości narodowej, o poszukiwaniu siebie poza tożsamością, o historii. Ciemno prawie noc – niby eksperyment parakryminalny, ale jest właściwie o społeczeństwie, o tym, czy jest zło. Nawet ukochane moje Narrenturm, przy którym kwiczę nawet czytając je trzeci raz, nie odpuszcza. Niby fantastyka, a jednak: prawda, moralność, niejednoznaczność, uwikłanie w historie, w dzieje, uwikłanie, uwikłanie, uwikłanie…

I ta ciągła niemożność ucieczki przed Sensem Istnienia, tfu. A przecież – jak rzekła sama Szymborska – „Lepiej się udławić kością, niż mieć gacha z niemożnością”.


Tekst opublikowany pierwotnie w 58 numerze Kwartalnika Literacko-Artystycznego „Szafa”.