Sarmata nie musi być angielską królową, czyli bez przesady z tym savoir vivre

Dążyłem do tego, żeby Polak mógł z dumą powiedzieć: należę do narodu podrzędnego. Z dumą. Albowiem, jak łacno zauważyliście, takie powiedzenie tyle poniża, co wywyższa. Ono degraduje mnie w charakterze członka zbiorowości, ale zarazem wywyższa mnie ponad zbiorowość: oto nie dałem się oszukać; jestem zdolny osądzić własne umieszczenie w świecie, umiem zdać sobie sprawę z mojej sytuacji, jestem przeto człowiekiem pełnowartościowym.

Witold Gombrowicz, Dzienniki t. VIII

Podjęcie tematu wymuszone zostało na mnie naciskiem społecznym i aurą samozadowolenia. Te dwie rzeczy występują ramię w ramię w sytuacji, gdy post na profilu społecznościowym osiąga popularność. Mój osiągnął. A że jego kluczowym zagadnieniem była obrona tezy, iż zbyt wiele savoir vivre`u to grzech przeciw savoir vivre`owi, postanowiłam temat trochę rozszerzyć. A przy okazji nieco się powtórzyć.

Grzech śmiertelny podróbki

Wszystko zaczęło się od bloga o znamiennej nazwie „Faszyn From Raszyn”. Nie będąc zwolenniczką zbytniego przejmowania się krytyką danych przestrzeni (miast, osiedli), nie namawiałabym mieszkańców Raszyna, aby obrażali się za samą nazwę witryny. Namówiłabym bardziej ich – i całą resztę wszystkich światowych Raszynów, Pcimiów, Lublinów i Warszaw – na odrobinę refleksji. Ale wracając do rzeczy. Najpierw natknęłam się na wspomnianego bloga. Dawno temu. Informacja dotycząca jego treści brzmiała: „Spektakularne, modowe wpadki Polaków”. Pod spodem mnóstwo zdjęć. Korpusy, stopy, dłonie, twarzy brak. Kolorowe ubrania, kompletnie do siebie niedopasowane, wszystko cykane z ukrycia, lekko rozmazane. Autorka dokumentuje to, co zrobiło na niej wrażenie, a poza tym – jak twierdzi – ma misję. Cytując bowiem za leadem z pewnego wywiadu: „Uważa, że za noszenie skarpet do sandałów powinno się płacić wysoką grzywnę. Stworzyła najbardziej znaną w sieci stronę o polskim kiczu. «Nikogo nie wyśmiewam ani nie obrażam – pokazuję jedynie, do czego prowadzi niepohamowana konsumpcja, a bohaterowie mojego bloga to jej ofiary, które w pogoni za trendami stają się karykaturalne»”.

Okey, niektóre zdjęcia faktycznie śmieszą. Panie ważące ze sto kilo w krótkich spódniczkach i różowych pończochach, abstrakcyjne połączenia koronek z lakierem, farbą i czymś tam jeszcze, ale pojawia się i torebka z napisem „Rada” zamiast „Prada”. O mój Boże, myślę sobie, patrząc na zdjęcie torebki, grzech śmiertelny! Szczególnie jeśli torebkę kupiła na rynku starsza pani z Grochowa, która zbyt zajęta jest staraniem się o to, by przetrwała jej emerytura niż tym, aby dodatek do ubrania nie był podróbką. I to jeszcze tak żałosną! Później jest tylko gorzej. Autorka bloga porównuje ubieranie się Polaków do… braku kultury. Tej wąsko pojętej. Osobistej. „Jeśli ktoś wulgarnie i ordynarnie zachowuje się w miejscu publicznym – mówi pani z Faszyn From Raszyn – naraża się na to, że ktoś mu zwróci uwagę. Natomiast jeśli ktoś źle wygląda, nie interweniujemy. Mój blog ma być takim czerwonym światłem dla tych, którzy noszą się wulgarnie”.

Uspokajając siebie samą, że uff, nie noszę się wulgarnie, pocieszam się: może to wszystko leczy ludzkie kompleksy, takie patrzenie na różowe futerko do zielonych spodni w paski, może wyleczone kompleksy łagodzą obyczaje, może ludzie od oglądania Faszyn From Raszyn staną się milsi, dobrotliwi i bardziej pyzaci na policzkach, więc może faktycznie strona ma misję, może czegoś nie rozumiem, może się czepiam?

Kanapki w hotelu jak przestępstwo 

Potem minęło kilka lat. Zdążyłam zdziwić się faktem, że na warszawskim festiwalu filmów niszowych i ambitnych, Cinemaforum, dzikie tłumy przyszły oglądać „pokaz filmów modowych”, zdecydowanie mniej – filmy uhonorowane prestiżową dla niezależnego kina Nagrodą Jana Machulskiego. Zdążyłam też ściąć się z małoletnią koleżanką, wyjaśnić jej, że jeśli ktoś nosi niemodne buty, choć czyste i względnie pasujące do reszty kreacji, to chyba zanim zasłuży w naszych oczach na stryczek musimy się o nim dowiedzieć kilku szczegółów, prawda? Ale chyba nie zrozumiała, więc guzik osiągnęłam. A wreszcie, gdy jechałam do pracy, zdążyłam usłyszeć jeszcze TO. To, czyli Audycję w Programie Trzecim Polskiego Radia. Audycję na temat tego, jak jeść.

Rzecz miała miejsce o szóstej piętnaście rano. W ramach misji i pouczania maluczkich, pan spec mówił, że jak za granicą Polak robi kanapki sobie w eleganckim hotelu to jest to – uwaga… – „najgorsze co może być”. Dosłownie, użył słowa „najgorsze”. Użył też słowa „szok” (szok dla gości zagranicznych) i nawet żałowałam, że nie poszedł dalej, w „szok i niedowierzanie” albo może w „bezsensowną zbrodnię”. Wtedy zrozumiałam, że w takich momentach pragnę wdziać skarpetę na sandał, usiąść na środku hotelu i wymazać gębę twarogiem.

Więc może zamiast komentarza, obszerny fragment „Lalki”. Tak, tej „Lalki”:

„Podano sandacza, którego Wokulski zaatakował nożem i widelcem. Panna Florentyna o mało nie zemdlała, panna Izabela spojrzała na sąsiada z pobłażliwą litością […] „Jacyście wy głupi!” – pomyślał Wokulski czując, że budzi się w nim coś niby pogarda dla tego towarzystwa. Na domiar odezwała się panna Izabela: – Musi mnie papa kiedy nauczyć, jak się jada ryby nożem. Wokulskiemu wydało się to wprost niesmaczne. „Widzę, że odkocham się tu przed końcem obiadu…” – rzekł do siebie. – Moja droga – odpowiedział pan Tomasz córce – niejadanie ryb nożem to doprawdy przesąd… Wszak mam rację, panie Wokulski? – Przesąd?… nie powiem – rzekł Wokulski. – Jest to tylko przeniesienie zwyczaju z warunków, gdzie on jest stosowny, do warunków, gdzie nim nie jest. Anglicy mają ryby morskie, które można jadać samym widelcem; nasze zaś ryby ościste może jedliby innym sposobem… – O, Anglicy nigdy nie łamią form – broniła się panna Florentyna. – Tak – mówił Wokulski – nie łamią form w warunkach zwykłych, ale w niezwykłych stosują się do prawidła: robić, jak wygodniej. Sam zresztą widywałem bardzo dystyngowanych lordów, którzy baraninę z ryżem jedli palcami, a rosół pili prosto z garnka”.

Dlatego, mili moi, jeśli posługujecie się widelcem, jedząc sushi, bo tak jest u diabła wygodniej, a sąsiad z lewej, ubawiony, unosi brew, wiedzcie, że on jest tym Tomaszem, Izabelą, Panną Florentyną i wszystkimi bohaterami Prusa i Krasickiego naraz.

I przypomina mi się jeszcze jedno: jak jeden z moich autorytetów (i to prawdziwych autorytetów), Sam Harris – który zajmuje się znacznie poważniejszymi rzeczami niż wszystkie bzdety, które właśnie wystukała moja klawiatura za pomocą dwóch moich rąk –  podczas wykładu pokazuje zdjęcie kobiet opatulonych od stóp do głów w burki, a potem kobiety ubrane wyzywająco, jak do Playboya, i mówi: „Perhaps there is some place on the spectrum between these two extrems that represent a place of better balance”[1]. Otóż dokładnie takie same pytanie nasuwa mi się, gdy widzę bekającego wąsacza, który ociera podbródek z tłuszczu dłonią, a po drugiej stronie barykady mam osobę, która uważa się za światowego specjalistę od stylu i szyku, bo wie, jak jeść homara i którą strona widelca dziubać kawior. Gdy widzę osobę z zaplamioną bluzką lub osobę, której widać rowek między półdupkami, a z drugiej strony mam kogoś, kto gardzi ciuchem bez metki, niezależnie od tego, ile małych dzieci z Bangladeszu szyło z kolei jego mafijne kreacje.

A przy okazji, nawiązując do cytowanego Gombrowicza: nie łudźmy się. Jesteśmy przodkami kultury zubożałych szlachciców. A Sarmaci łyżki i noże (widelców nie używano) trzymali na ogół w cholewie buta, aby zawsze móc po nie sięgnąć. Ręce nasz prapradziadek (no dobrze, prapraprapra…, czy jeszcze trochę) wycierał łyżkę o rękawy kontusza – i to swojego lub współbiesiadnika, no big difference. A talerze, których w trakcie jednej uczty nie wymieniano, także wycierano w rękawy, ewentualnie w obicia foteli. Obicia, które do najtańszych nie należały, bo szlachta lubiła się pokazać, udowodnić, że czym chata bogata i takie tam. Za granicą mówiono zresztą o alkoholowym terrorze „Sarmatów”, podobno nie można było uchylić się od kolejki (na haust czerpanej z wielkich kielichów), a ten, kto nie wypił do dna, nie tylko musiał pic „karniaki”, ale czasem nawet mu grożono zupełnie na poważnie. Więc może nie dla nas jednak subtelne chińskie pałeczki, hmm? A już zwłaszcza udawanie, że wiedza o tym, jak prawidłowo je trzymać, wpływa na naszą kulturę.

Tym samym informuję, że nie mogę doczekać się kolejnego bloga, dokumentującego zły sposób trzymania pałeczek i niewłaściwego przegryzania biednemu homarowi krtani. To ci dopiero będzie się działo!

[1] Co można przetłumaczyć jako coś w stylu: „Być może istnieje jakieś miejsce na wykresie pomiędzy tymi dwiema skrajnościami”


Tekst opublikowany pierwotnie w 56 numerze Kwartalnika Literacko-Artystycznego „Szafa”.