Jak nie infantylizm to Krzysztof Varga, czyli Arystotelesie wróć

 

Otóż ze wszystkiego, co jest ciągłe i podzielne, można wziąć [pod uwagę] część większą, część mniejszą i część równą […] to zaś, co jest równe, jest czymś w pośrodku pomiędzy nadmiarem a niedostatkiem […]. Tak np., jeśli „dziesięć” jest za dużo, a „dwa” za mało, to ze względu na przedmiot przyjmuje się „sześć” jako środek.

Arystoteles, „Etyka nikomachejska”

 

Mam problem z prasą na tak zwaną drogę. Dużo jeżdżę pociągiem. Wiem, że brak posiłku zacznie mi dokuczać po trzech i pół godzinach jazdy, brak wody po godzinie, brak zajęcia – po piętnastu minutach. Oczywiście: mogę czytać książki, a nie prasę. W porywach namiętności umysłu mogę nawet wozić ze sobą najnowsze eseje Stephana Hawkinga albo posnobować się trochę wracającą do łask klasyką poezji a la Rilke. Ale ja czasem po prostu chcę poczytać kobiecą prasę. Na przykład artykuł o sposobach na rozdwajające się paznokcie, albo o tym, że odpowiednie ćwiczenia klatki piersiowej opóźniają proces wiotczenia biustu.

W czym problem? Ano w tym, że tak jak jedni miewają nerwice natręctw i rysa na blacie biurka uniemożliwia im pracę, tak ja nie umiem nie widzieć artykułów idiotycznych, nawet jeśli jest ich tylko kilka w danym magazynie. Podobnie dzieje się, gdy oglądam telewizyjne wiadomości, powiedzmy (dobrze, przyznam się) „Fakty”. Czy raczej: chcę oglądać, bo w efekcie nie mogę, gdyż oto pojawia się Renata Kijowska z reportażem dotyczącym tak zwanych ludzkich spraw. Na przykład konkretniej luki w prawie, jeśli chodzi o opiekę chorych rodziców nad niepełnosprawnymi dziećmi. I zamiast podejść do haniebnej luki merytorycznie, przez osiem-dziesięć minut wydania głównego jednego z ważniejszych (powiedzmy) dzienników telewizyjnych w Polsce, pokazywana jest rodzina oglądająca zdjęcia, niepełnosprawny chłopiec, matka targająca wózek po schodach na górę, matka znosząca wózek ze schodów, chłopiec nad książkami, chłopiec mówiący „kocham cię mamo”, łzy kobiety, łzy raz jeszcze, kolejne zdjęcia z dzieciństwa, wywiady z sąsiadami i tak dalej. I wówczas ja się poddaję. Wiedząc jeszcze, że ostatnią wiadomością będzie spreparowany podobno na śmiesznie, napakowany tanimi skojarzeniami frazeologicznymi reportaż Abramowicza/Mazura, to ja obiecuję sobie, że jutro o 19.00 będę akurat brała prysznic.

Podobnie jest z prasą kobiecą. Jej nie ma, ona nie istnieje w formie strawialnej. Gdy tylko chcę znaleźć metody na ujędrnianie pośladków, znajdę je, owszem, ale tylko w towarzystwie pseudopsychologicznego bełkotu. O tym, że jesteś tego warta i każda z nas ma prawo wyglądać pięknie. Kupiona gazeta będzie w 70 procentach nadawała się do wypychania butów, no i nie kupię jej następnym razem, znów skazując się na snobistyczne książki. Bo nie dam rady. Nie dam rady czytać o tym, że my, kobiety, powinnyśmy być dumne z Doroty Wellman, bo przeszła się po wybiegu udowadniając, że osoba puszysta również może być… No, i tak dalej.

Dobrze zatem. Nie muszę oglądać „Faktów”. Nie muszę czytać kobiecej prasy. Nie muszę mieć telewizora i wchodzić na popularne portale, z których dowiem się, że kolejny niewidomy bez nóżek z najbiedniejszego bloku łódzkich Bałut wygrał piętnastą edycję „Śpiewaj i bądź śpiewany”, a publiczność i jurorzy tryskali wspólnie łzami do najbliższego ujścia wody. Ale muszę przecież żyć, prawda? I żyjąc, nie muszę niczego oglądać, nie muszę chodzić do psychologa ani coacha, ale muszę na przykład mieć pracę, prawda?

Właśnie. Rozmowy o pracę. Raz, po rozmowie rekrutacyjnej, zaproszona zostałam na „szkolenie połączone z ostatnim etapem rekrutacji”. Praca miała dotyczyć organizowania kreatywnych zajęć pozalekcyjnych dla uzdolnionej młodzieży – a że jak dotąd nawet moje korepetycje z historii bywały skromnym popisem edukacyjnej kreatywności, pomyślałam, że może oto znalazła się dziedzina, jakże nieliczna, w której pracować mogę (z racji – tu już będzie skromnie – ograniczonych umiejętności praktycznych, i to ograniczonych do zera).

Na ostatnim etapie rekrutacji chętnych zostało dziewięć osób. Na początku mieliśmy się przestawić, to było łatwe. Potem, po kolei, dokończyć zdanie: „Można mnie lubić, bo…”. Wymiękłam (co chyba oczywiste) właśnie na zadaniu drugim. Coś odburknęłam. Brakowało mi jaj, by wstać i wyjść, więc czekałam na pytanie trzecie. Trzecie pytanie dotyczyło kontaktów z dziećmi i młodzieżą. O, z młodzieżą mam akurat bardzo dobry, takiej jednej, młodszej o dziesięć lat, pomogłam zdecydować się na tabletki antykoncepcyjne, a inną, maturzystkę, namówiłam, by zaczęła przyzwyczajać się do stanów depresyjnych wywołanych brakiem zaakceptowania świata takim, jaki jest (na które to stany się skarżyła), gdyż one już jej nie miną, lecz będą coraz silniejsze, więc im szybciej się do nich przyzwyczai, tym zasadniczo lepiej dla niej. Ale tym nie pochwaliłam się na „szkoleniu” vel „rozmowie”, tylko też coś burknęłam. Dlatego podejrzewam, że w efekcie zatrudnili blondi, która natchnionym głosem rzekła: „Kocham pracować z dziećmi, bo każde dziecko jest inne, niepowtarzalne, bo od każdego można się tyle nauczyć, bo to one nas uczą, a nie one ich”.

No właśnie. Choć słyszałam o gorszych przypadkach (na przykład o animatorze, który na pewnym szkoleniu, na dzień dobry nakazał uczestnikom, osobom w wieku lat 40 i 50, na trzy-cztery krzyknąć głośno swoje imię, a następnie urządził zabawę niemalże gimnastyczną w stylu „Nie wstając ze swoich miejsc, niech każdy przywita się uściśnięciem dłoni z jak największą ilością obecnych tu osób”), to przyznać muszę, że nie do strawienia są dla mnie nawet coachingowe wzmianki w gazetach. Co robić? Jak tu żyć, skoro nie możesz bez wewnętrznego szyderstwa funkcjonować w społeczeństwie? Jak żyć, skoro dobrze wiesz, że owo wewnętrzne szyderstwo powoli zmienia cię w socjopatę i w osobę myślącą na serio o odłączeniu prądu na zawsze?

Jak? Cóż. Najlepiej zostać Krzysztofem Vargą albo Łukaszem Najderem. Będziesz wtedy mieć na ogół zły humor, ale będziesz poczytny/poczytna, będziesz ćwiczyć styl, twoja inteligencja będzie podziwiana przez setki, może tysiące i ogólnie będziesz… no właśnie, kim? Czy gdy świat tak dręczy, tak nieznośnie frustruje swoim infantylizmem, gdy nie możesz w nim znaleźć miejsca dla siebie, czy opcja „być jak Varga/Najder” (przy czym ten drugi jest tu zdecydowanie bardziej reprezentatywny) nie wprowadzi nas w błędne koło frustracji? Czy nie jest tak, że jedyne lekarstwo ma świecie, jakim czasami wydaje się być ironia, przechodzi już samego siebie i jako ta rewolucja zżera własne dzieci?

Dla przykładu. Nie dziwi fakt, że przedmiotem drwiny jest korporacyjny świat. Tu Varga, z „Trocin”: „Ile ja już widziałem w czasie moich wędrówek nadętych chłopców i nabzdyczonych dziewczynek pędzących ulicami z papierowym kubkiem w ręku, jakoby gdzieś bardzo się spieszących, podążających na niewymownie wręcz ważne spotkania […] jeszcze nie wiedzą, że za dwadzieścia lat nadal będą się spotykać w sieciowych kawiarniach jako pięćdziesięcioletni frustraci i pięćdziesięcioletnie nienawistnice, i to jest scenariusz optymistyczny, bo być może będą już co najwyżej rozmontowywać na podwórkach stare pralki i lodówki lub włamywać się do kontenerów Czerwonego Krzyża po stare ubrania, czego zresztą serdecznie im życzę”.

Nie dziwi, że równie prześmiewczo traktuje się bezmyślność bractwa współzależnych od siebie dziennikarzy i czytelników tak zwanej prasy specyficznej. Znów „Trociny” i Varga:  „[…] przy każdej wstrząsającej zbrodni wystukują bezmyślnie swoimi brudnymi paluchami ta bezsensowna śmierć, co nie świadczy wcale, że owi wyrobnicy informacji wierzą w śmierć sensowną, która nie nadawałaby się na czołówkę, ale że ich pisaniu nie towarzyszy żadna myśl, a jedynie mechaniczna tępota człowieka odpracowującego swoją pańszczyznę przed ekranem komputera z takim samym zaangażowaniem, z jakim chłop pańszczyźniany szedł tępo za pługiem”.

Albo celebrytów, przestarzałych lub nie, tu już Najder ze swojego bloga: „nieszczęśliwy celebryta to były celebryta […]. To jest tra­ge­dia zało­ży­ciel­ska wszyst­kich postaci z szoł-bizu – że nie ogar­niają momentu, gdy nad­cho­dzi koniec. Eks­ce­leb nie wyczuwa, że stał się passe. Niby ci sami ludzie wokół niego emi­tują uśmie­chy o takim samym roz­war­ciu co kie­dyś, wciąż wpa­dają zapro­sze­nia na otwar­cie Stu­dia Cera­micz­nego czy piątą rocz­nicę ekskluzywnej marki kosia­rek spa­li­no­wych YLAKA, nadal zda­rza mu się puk­nąć hostessę, zali­czyć jedynkę w tablo­idzie, ścią­gnąć ze stołu rolkę dar­mo­wego sushi. Lecz to już nie to”.

Ok., dużo tych cytatów, ale przydadzą mi się w puencie, dlatego jeszcze jeden Najder o wieczorku poetyckim: „W minioną środę, nie bacząc na dwucyfrowy mróz i ogólną marskość rzeczywistości, wybrałem się do Łódzkiego Domu Kultury na spotkanie autorskie poetek […] [Jedna z nich] czytała swoje erotyki – tak erotyczne, że mocniejsza aura wyuzdania i swawoli bije z oblicza Józefa Glempa […] Frekwencja jak na pogrzebie polityka niższego szczebla, który, nim zwisł na własnym stryszku, rozjechał wycieczkę przedszkolaków. Czyli ci, co muszą i kilku amatorów perwersji”.

Uff, już. I co? Fajne? Wow, jakie błyskotliwe? Niby ta-aak (no dobrze, moim zdaniem: Varga, tak, zresztą to proza; u Najdera już za dużo efekciarstwa, choć nie powiem, że czasem mnie nie bawi, bo czasem bawi, ale naprawdę czasem), ale… Ale zgubne. Złe. W takiej konwencji, taka na przykład Anna Dymna staje się obiektem drwiny równie zaciętej, co jak Edyta Górniak, choć – oczywiście – z innych powodów. W takiej konwencji, konwencji ironii za wszelką cenę, równie żałosne stają się: sprowadzanie sensu życia do serialu i koloru paznokci oraz umiłowanie tradycyjnego czytania młodopolskich poetów przy świecach. I dlatego myślę, że taka konwencja to śmierć nie tylko infantylizmu, ale przy okazji i śmierć delikatności, wyrzucanie na margines ludzi, którzy nie wspinają się może na wyżyny erudycji, ale po prostu są inteligentni, sympatyczni i lubią być odbiorcami dobrej kultury.

I cóż, skoro nie ma złotego środka między absolutną negacją rzeczywistości przed drwinę a traktowaniem jako mądrości absolutnej rubryk publikowanych w „Pani domu” przez „psychologa”, to ja się wypisuję. Albo czekam na powrót Arystotelesa tak, jak Estragon i Vladimir czekali na Godota. Na powrót złotego środka. Niech już nawet nie będzie złoty, byleby był, byle nadszedł…

Tekst opublikowany pierwotnie w półroczniku Inter 1(5) 2015 (Zakład Polskiej Literatury Współczesnej UMK)