Jak zmęczyłam się bitwą pod Grunwaldem

Chciałam – i nadal chcę – dotrzeć do Morfiny Szczepana Twardocha, ale wciąż staje mi coś na drodze. A to subtelny urok Gugułów Wioletty Grzegorzewskiej, a to śmiertelnie poważne – acz z lekkością pióra przez Bertranda Russella potraktowane – tematy, które powinny być skamielinami z lat 30. ubiegłego wieku, a są porażająco współczesnymi wrzodami na społecznej tkance (dokładniej tematy z cyklu esejów Religia i nauka).

A w końcu na drodze do Twardocha stanął mi sam Twardoch:

– Dzień dobry, jest Morfina Szczepana Twardocha?
– Nie… – szukanie w komputerze – jego mamy tylko Wieczny Grunwald.
– Aha. To poproszę.

I wzięłam, a ze zmęczenia leczę się do dziś.

Powiem od razu: doceniam. Pomysł, konsekwencję, język i pracowitość, której tekst ten wymaga niewątpliwie. Zirytowały: powtórzenia, które odbiegały od norm zabiegu upiększającego, zbytnia chwilami hermetyczność, chaos chyba nie zawsze kontrolowany.

Rzecz zaczyna się w średniowieczu – bękart króla Kazimierza Wielkiego (i żeby było gorzej, także pogrobowiec, więc bez żadnych praw do niczego) usiłuje nie być tym, kim jest: wyrzutkiem. Jednocześnie, główny bohater, Paszko – czyli właśnie „króla Kazimira bastert” – opisując swoje przygody w pierwszoosobowej narracji, czasem nagle przemawia z perspektywy współczesnej i wiedzie przy tym długie monologo-traktaty na temat nienawiści polsko-niemieckiej, czasem zaś w ogóle zmienia się w kogoś innego i jest żołnierzem z czasów II wojny światowej albo nieślubnym dzieckiem pruskiego Fryderyka, różnie. W każdym razie zawsze, w każdej z odsłon a) jest otaczany pogardą, b) jest „miszlingiem”, ma we krwi Polskę i Niemcy, nienawidzi i tych i tych, c) jest albo rycerzem, albo żołnierzem, albo kibolem, w każdym razie kimś, kto walczy, ma miecz, karabin lub bejsbola i dużo nienawiści.

Skomplikowane? No właśnie…

Wątek życia poza marginesem – mnie, która nie lubi psychologizowania w literaturze! – podobał się zdecydowanie najbardziej. Szukanie szacunku, szukanie i szukanie, a w końcu smutna konstatacja, że wyrzutkiem jest się w oczach samego siebie i tak już zostanie.

Zasadniczo dobry jest także wątek zmiany czasoprzestrzeni i Paszko raz jako uczestnik bitwy pod Tannenbergiem (patrz: Grunwald), raz jako SS-man bądź oficer polski (bo zmieniają się nie tylko czasy, ale i przynależność, raz niemiecka, raz polska), raz jeszcze ktoś inny. Wątek kibolski podobał mi się absolutnie najbardziej z wcieleń Paszka, no i jeszcze ten średniowieczny, główny jakby, symboliczny (bo Grunwald właśnie).

Ale: dużo jest „ale”. Po pierwsze strumień świadomości na temat Niemiec, Polski i relacji jednego z drugim jest moim skromnym zdaniem totalnie zdezaktualizowany. Ok, gdyby tak zaangażować skrajną prawicę z jednej i z drugiej strony, może te wywody miałyby większe przełożenie. Ale obecnie? Czy wieczny Grunwald trwa? Przecież nie, jeśli już trwa wciąż walka o Psków, albo ugoda perejasławska (podział Ukrainy między Polskę a Rosję) w odsłonach wielorakich, patrz Majdan, Putin czy Soczi. Co więcej, czytając szósty czy siódmy raz o wzajemnej identyczności w różnicy nie do pogodzenia i o ssaniu cyca Matki Polski lub wsiąkaniu Blut w niemiecką ziemię, zacząć można ziewać. Ja już ziewałam. I choć podoba mi się ujęcie tych dwóch narodów jako tych, które nie mogą pogodzić się, gdyż w bliźniaczy sposób ulegają narodowym mitom, to jednak książka miałaby więcej wartości, gdyby ów polsko-niemiecki konflikt w ogóle jeszcze trwał. Bo ja jakoś go nie widzę, Niemiec jest teraz jak każdy inny Francuz czy Anglik, niechęć rozkłada się po równo.

Po drugie: chwilami opisy były tak gęste, że po prostu nie dawałam rady. Wątek von Egerna i Węgrskiego przekroczył moje zdolności pojmowania, przysięgam, ja nie do końca wiem, z czym jeść te pojawiające się ni z stąd ni zowąd postaci. To przez nie i przez monologi byłam wykończona, za dużo, za dużo treści i za dużo koncepcji w 210 zaledwie stronach. Dlatego, konsekwentnie, czekam na to, aż w księgarni po drodze będzie Morfina. To wtedy może z Twardochem się zbliżę bardziej jakoś. Na razie patrzę na niego przez dwa nagie miecze, czyli widzę, ale chyba nie wszystko, co chciał pokazać.

 

Tekst opublikowany pierwotnie w 51 numerze Kwartalnika Literacko-Artystycznego „Szafa”.