Chwin i samobójcze tabu

Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni przyniosło Stefanowi Chwinowi Nagrodę Literacką „Gdynia” w kategorii eseistyka. W tym miejscu jest to dosyć ważna informacja. O ile bowiem dzieło jest grubaśne i pokaźne zarówno pod względem fizycznym (ponad 500 stron), jak i treściowym (wielość zagadnień i kontekstów poraża; pozytywnie), o tyle mnogość nasuwających się podczas lektury uwag, także krytycznych, każe zastanowić się, czy warto je mieć na swojej półce.

Odpowiedź dam od razu: warto. Chociażby z tego powodu, że podejście do tematu jest tak szerokie, że prawie każdy znajdzie odpowiedni fragment dla siebie, niechby i jeden, dwa i już wystarczy. Bo gwarantuję, że będą to fragmenty obszerne, wyczerpujące i jasno wyłożone. Kontrastowo moje uwagi będą miały charakter skokowy, może lekko chaotyczny – inaczej sama musiałabym napisać kilkaset stron…

Przede wszystkim, cel: Chwin stara się przeplatać ujęcie samobójstwa z perspektywy literackiej, psychologicznej, socjologicznej, ogólnopoglądowej, ogólnoludzkiej, indywidualnej i pewnie jeszcze jakiejś. Nie da się ukryć, że ta pierwsza perspektywa, literacka, czy szerzej: artystyczna, wychodzi mu najlepiej. Dzieła, które przywołuje, wysysa do cna, tłumaczy, rozważa, przerzuca ich kartkami, żongluje nimi i ofiarowuje je na nowo. Ja na przykład zapragnęłam natychmiast wrócić do Małej Apokalipsy, a i Biesy znów zaczęły chodzić mi po głowie, i to w nowym (samobójczym) kontekście.

Nie oznacza to, że w kontekstach pozaliterackich jest źle. Nie, nie. Czasami Chwin zwraca uwagę na arcyciekawe rzeczy. Przykładowo: na różnice miedzy samobójstwem w pełni indywidualnym (tym złym), a samobójstwem „altruistycznym” (dobrym). Druga wymieniona wersja, zakorzeniona także w naszej kulturze jako szlachetna, jest bogatym w symbole gestem publicznym, wynikiem silnej identyfikacji jednostki z kolektywem, w ramach której człowiek nie zabija się dla siebie ale w imię zbiorowo wyznawanych wartości, jak kamikadze, islamscy ekstremiści albo Konrad Gustaw. Nie sposób przytoczyć całej, bogatej wypowiedzi autora na ten właśnie temat (jeden z lepszych fragmentów książki!), warto jednak nadmienić, że z literackiego punktu widzenia samobójstwo altruistyczne reprezentują także inni starzy znajomi: Konrad Wallenrod, Król Duch, Litawor z Grażyny... I dopóki są to tylko kreacje cudzej wyobraźni: jest ok. Gdy samobójstwo w imię zasad popełniali np. czescy studenci w 1968 r. człowiek, zwłaszcza współczesny, nie może tego tak po prostu pojąć jako piękną, altruistyczną manifestację tego, co ważne. Literatura miesza się z życiem. U Chwina – przez cały czas. I dlatego pewnie książka wywołuje wrażenie.

Przy okazji: samobójstwa popełniane w zaciszu domu, prywatne, obojętne na reakcje innych, milczące i pozbawione przekazu dla ludu bardzo długo były – jak zauważa Chwin – uznane za niewarte uwiecznienia w sztuce. Co to za śmierć zadana sobie tylko dlatego, że poniosło się porażkę w biznesie?

Co jeszcze z fragmentów godnych polecenia? Na pewno wątek gnostyczny, wyjątkowo szalone rozumienie samobójstwa. Dla gnostyków materia była zła, a duch dobry (w uproszczeniu). Tym samym życie w ogóle jest złe i zapaskudzone materią (a seks to grzech absolutny, bo wypuszcza na świat kolejny cielesny obiekt). Istnienie samo jest więc grzechem a samobójstwo – uwolnieniem biednego, więzionego ducha. Pomyśleć tylko, ze gdyby gnoza wygrała z wczesnym chrześcijaństwem, byłoby nas pewnie na ziemi zdecydowanie mniej.

Dobrze również, że Chwin podkreśla i uczula czytelnika na to, iż nie każdy artysta-samobójca jest Wojaczkiem, nie każdy w swoich tekstach prowadzi zapis – czego chętnie doszukują się odbiorcy, oczywiście już po śmierci takiego kogoś – samobójczej autobiografii. Nie należy w tekście napisanym osiem lat przed śmiercią, albo też w każdym wersie i literze, dopatrywać się sygnału, który coś by wyjaśnił, przybliżył… Nie, nie, tak prosto nie ma. Decyzja o własnej śmierci to nie jest odkrycie orientacji seksualnej, to nie jest jednolity proces dziejący się w umyśle przyszłego samobójcy, trwający od X czasu i grzecznie przejawiający się w artystycznej formie tak, by potomni mieli co badać. I tego typu właśnie trafień w sedno i stwierdzeń dających do myślenia jest w książce całkiem, całkiem wiele.

Zarzuty jednak mam, z czego jeden poważny. Chwin cierpi na to, co niestety jest bolączką europejskiej humanistyki: dużo pseudonauki, zbytnia psychologizacja, język stylizowany na naukowy tam, gdzie prawi się (co najwyżej) o domniemaniach. Autor czasem stwierdza coś z zadziwiającą pewnością siebie, podczas gdy o ile w stosunku do postaci literackich czynić tak wolno, o tyle psychologizowanie tonem „jest na bank, jak mówię” w kwestiach niesprawdzalnych jest dość nieostrożne. Stephen Hawking w Krótkiej historii czasu ma jako fizyk więcej wątpliwości niż Chwin, który przecież wypowiada się o materii, względem której nie obowiązują żadne wzory. Toteż razi, gdy pisze o samobójcach chorych na raka, którzy podświadomie chcą ukarać rodziców za ów genetyczny „dar”. Nie wyjaśniając: skąd taki pomysł w ogóle? Czy gdziekolwiek jest taka postawa dostatecznie udowodniona, by pisać o niej tonem pewnym?

Podobne zabiegi sprawiają, że autor utrudnia zamiast ułatwiać, często teoretyzuje nadmiernie. Przykład? Cytuję: Są samobójcy, którzy przed samobójstwem uważnie studiują podręczniki anatomii. Chcą wiedzieć dokładnie, gdzie znajduje się w ich ciele prawdziwe centrum życia, by nożem albo pistoletową kulą precyzyjnie trafić w to śmiercionośne miejsce. Potrzebują wiedzy, by zbudować kartografię symboliczną własnego ciała, bez której, jak uważają, samobójstwo będzie spartaczone. Mój zarzut, krótki, może mało lotny, ale chyba bardziej precyzyjny: ludzie chcą wiedzieć, gdzie jest serce, żeby umrzeć w minutę, a nie umierać kilka godzin. Kartografię symboliczną mają wówczas gdzieś. Po prostu nie lubią, jak boli.

Co więcej: irytująca liczba cudzysłowów. Cytuję znów: Makabryczna „groteskowość” samobójstwa popełnianego w dziwaczny sposób, która zbliża akt samobójczy do śmieszności, umieszcza nas w „bezpiecznej” strefie poza zasięgiem „dewiacyjnych skłonności”. Tak przekonujemy siebie, że samobójstwo nie należy do świata „zwykłych, normalnych ludzi”. Ktoś mógłby pomyśleć: czepiam się. Owszem, czepiam. Bo czasem tak mnie rozpraszały cudzysłowy użyte w niejasnych okolicznościach, że proszę na przyszłość: Panie Stefanie, basta!   

Cudzysłowy oczywiście to jednak drobiazg w kontekście wszystkiego, co powyżej. A zwłaszcza początkowego stwierdzenia, że na półce Chwina warto mieć. Chwina na półce, w sercu odwagę, a w głowie mózg: żeby czytać z dystansem nawet o samobójstwie. Bo oswajanie się z tabu przez literaturę jest po prostu smakowite.

Tekst opublikowany pierwotnie w 49 numerze Kwartalnika Literacko-Artystycznego „Szafa”.