Dzieci północy, czyli wielka epika i smaczki Rushdiego w jednym

Jeśli ta książka napisana była w 1981 roku, to ja się pytam, mamo, tato, gdzie ja byłam, że przeczytałam ją dopiero teraz? Potencjalna odpowiedź mogłaby brzmieć: „Byłaś na nią za młoda, za głupia, za leniwa”. Albo: „Na nagrodę trzeba sobie zasłużyć. Zasłużyłaś dopiero teraz”.  Czy jakoś tak, interpretacja dowolna.

A mówiąc serio (i krótko): dawno nie miałam w ręku wielkiej epiki. Powieści totalnej. Może dlatego, że wielkiej epiki się już nie pisze, dziś trzeba krótko i zrozumiale. Więc może to i dobrze, że Dzieci północy powstały wiele lat temu? Bo napisane dziś odebrałyby mi te półtora miesiąca (półtora miesiąca!) trudu, dłubania, grzebania, dopasowywania, zachwycania się, ale na końcu skandowania Rush-die, Rush-dieeee!!!

Sposób, w jaki Dzieci północy są napisane, można byłoby nazwać postmodernistycznym. Mnóstwo retrospekcji, skakania, kontekstów, wreszcie nietypowość narracji. O wszystkim opowiada wprawdzie Salim, ale opowiada mętnie, gdyż właśnie spisuje swoje dzieje, skreślając je na bieżąco, zastanawiając się, czy dobrze wszystko pamięta, zmieniając zdanie, co do pewnych detali. Co więcej, historię opowiada kobiecie, z którą żyje, ona się denerwuje, że czegoś nie rozumie, albo że on wprowadza poboczny wątek; on złorzeczy w duchu, że wolałby opowiadać swoją historię komuś inteligentniejszemu niż ona, komuś, kto rozumie potrzebę subtelnej narracji, wprowadzania pomniejszych akordów… I tak dalej. Przez to bogactwo narracji trzeba się więc najpierw przeciskać, a potem, po przeciśnięciu, wszystko składać w całość. To pierwsza trudność, ale i pierwszy smaczek.

Druga trudność i drugi smaczek: wielość wątków. Na moje oko od miliona do trzech. Sklecanie wszystkich kosztowało mnie trochę nerwów, bo ja jestem niecierpliwa. Potem dopiero się uspokajałam: wyjaśniło się, uff, nie, nie czytałam nieuważnie, to kwestia zaburzonej umyślnie kolejności. Po uspokojeniu nadchodziło ukojenie: bo każdy wątek prawie można traktować jak deser z niespodzianką. Na przykład miłość Aminy do męża.

Codziennie wybierała jeden fragment Ahmeda Sinaiego i skupiała się na nim całym swoim jestestwem, dopóki się z nim nie oswoiła; potem czuła wzbierającą tkliwość, która przeradzała się w uczucie, a na ostatku w miłość. Tym sposobem pokochała jego nazbyt tubalny głos […], dolna wargę sterczącą dalej niż górna; niski wzrost, przez co zabronił jej chodzić na wysokich obcasach, upodobanie do smażeniny […] „W takim tempie – rozumowała – zawsze znajdę coś nowego do kochania, nasze małżeństwo nie zwietrzeje”.

Trzecia trudność (trzeci smaczek, tak tu będę konsekwentna), można wyrazić krótko – to Indie są. Po pierwsze, dzieje się polityka z historią w tle, a tak szczerze, kto kojarzy politykę i historię powojennych Indii? Jeśli ktoś mówi „Kennedy”, wiemy co się dzieje, mówi „Chruszczow”, też wiemy. Ale tamte nazwiska? Tamte zamachy stanu? Odzyskanie niepodległości przez państwo Pakistan i wojna z Chinami? Ludu, Google musiały leżeć mi na kolanach, bo sama nie dałam rady ogarnąć tego, co dzieje się za plecami Salima. Ale jak ogarniałam, to duma wypełniała mi płuca, sama siebie głaskałam po głowie. Fajne uczucie.

No, a poza tym niektóre problemy są takie same w każdym kraju. Raz na przykład Salim zamieszkał w getcie kuglarzy i…:

Kiedy prestidigitatorzy wyciągający króliki z kapelusza opowiedzieli się stanowczo za moskiewską linią pana Dangego z oficjalnej KPI, popierającej panią Gandhi, ludzi-gumy zaczęli się skłaniać ku lewicy i skośnym zawiłością ciążącego-ku-Chińczykom skrzydła. Zjadacze ognia i połykacze noży przyklaskiwali taktyce oddziałów partyzanckich ruchu naksalitów; tymczasem hipnoterzy i magicy chodzący-po-rozżarzonych-węglach przyjęli manifest Nambudiripada.

I rzecz czwarta: to Indie są. Tak, powtarzam się, ale tu w innym kontekście. Indie magiczne, Indie, w których klątwa sąsiada jest równie realna co sam sąsiad. W połączeniu z wyobraźnią Rushdiego mieszanka wybuchowa. Przykład numer trzy:

Nie wolno bagatelizować wpływu ciotki Aliji na losy narodów. Przelewając swoje staropanieńskie frustracje na program, mury, a także uczniów placówek oświatowych, wychowała plemię dzieci i młodzieży, które czuło w sobie pradawną mściwość, chociaż nie bardzo rozumiało jej przyczyny. O, wszechobecna zapiekłości ciotek żyjących w staropanieństwie! Wżarła się ona w ściany domu; meble aż się wypuczyły pod kłującą tapicerką zgryźliwości; staropanieńskie stłumienie zostało wszyte w ściegi zasłon. Gorycz dobywała się ze szczelin. 

Wniosek? Nowatorstwo i bogactwo, saga rodzinna i powieść polityczna, postmodernizm i epika, Kaszmir i Pakistan, Booker i Booker Bookerów. A Bookera Bookerów nie dostaje się za nic.

Tekst opublikowany pierwotnie w 50 numerze Kwartalnika Literacko-Artystycznego „Szafa”.