Wiesław Myśliwski. Ostatnie rozczarowanie

Oto właśnie ukochany wujek okazał się był człowiekiem niehonorowym i złośliwym. A przynajmniej takie uczucie zawodu towarzyszyło mi podczas lektury Ostatniego rozdania. Było źle. Źle.

Może gdybym tak Myśliwskiego nie kochała, byłoby lżej. Ale Widnokrąg to jedna z książek życia, na Traktat o łuskaniu fasoli bynajmniej nie narzekałam również, a i Kamień na kamieniu, choć może z trzech wymienionych najmniej, to jednak zachwycał. Chłonęłam. Chłonęłam życiową mądrość, wysublimowaną fabułę, pisanie o rzeczach ważnych i wielkich językiem lekkim i prostym. Zachwycałam się zgrabnymi retrospekcjami, które były jak puzzle, jak rozwiązywanie psychologicznej zagadki. Przywiązywałam się do bohaterów, zawsze męskich, zawsze pierwszoosobowych, zawsze z bagażem doświadczeń, bohaterów trochę tajemniczych, ale ludzkich, prawdziwych do chrząstek i kości. No te i postacie drugoplanowe, migające w tle, niejednoznaczne, zawsze mające coś do powiedzenia. Dwie kurwy z Widnokręgu, kobieta z numerem obozowym w Traktacie…, narzeczona z Kamienia na kamieniu, która usunęła dziecko, wszyscy oni żyli i wszyscy sprawili, że na Ostatnie rozdanie się rzuciłam. Rzuciłam, uderzając się twardą okładką w łeb.

Jest bohater męski, pierwszoosobowy, jak to u Myśliwskiego. Ale niespójny. Nie wiadomo, o co mu chodzi. Raczej o nic, ma po prostu aspołeczną osobowość i depresję, przy jego odpowiednikach z trzech wcześniejszych powieści M., pozostaje bezbarwny, a przy tym bez głębszego powodu nadęty i irytujący, bez drugiego dna, o trzecim i czwartym marzyć nie sposób. Mądrości życiowe wyrzucane w narracyjnym strumieniu świadomości są banalne. O pamięci, o miłości, o kuchni. Przypominają nieudaną kalkę z doskonałych przecież złotych myśli z powieści Kamień na kamieniu – tych o słowach, o drodze… (toż to nawet na maturze się pojawia!). Postacie drugoplanowe nie różnią się między sobą. Szewc Mateja a krawiec Radzikowski to jedno i to samo, poza tym, że jeden gra w karty, a drugi nie. Psycholog dołączający do plejady bohaterów pod koniec książki rzuca mądrościami godnymi Twojego stylu albo innej szalenie głębokiej prasy kobiecej. A tajemniczy człowiek ze smyczą w ręku to bardziej nadawał się do czarnej komedii typu Rodzina Adamsów niż jako postać przyciągająca uwagę i intrygująca niczym Pan Sommer w pewnej cudownej mini-powieści Suskinda. I może tylko Maria, porzucona narzeczona, jakoś to wszystko ratuje, bo do końca nie wiadomo, czy chora psychicznie, czy kłamie, czy udaje, czy żyje i o co właściwie jej chodzi.

Toteż sama nie wiem, co mam z Myśliwskim robić. Przestać kochać? Przecież nie mogę, nie potrafię. Udawać, że Ostatnie rozdanie to wypadek przy pracy? No dobrze, ale zanim kupię następną powieść, będę musiała pierwszych 50 stron prewencyjnie przeczytać w księgarni. Wygląda to tak, że bez pomysłu, wiedząc, że wypłynął na tym, na czym wypłynął, jeden z najlepszych polskich pisarzy wziął sobie gotową formę (dobrze, że przynajmniej własną), odgrzał ją, odgrzaniem tym zdeformował, a następnie podał ją czytelnikom bez treści, jakby podawał sam talerz bez pieczonej kaczki. Myślał, że się nie zorientują? Odpowiedzi brak…

Tekst opublikowany pierwotnie w 51 numerze Kwartalnika Literacko-Artystycznego „Szafa”.