Platon wygania poetów ze swojego Państwa. Oni jego też

Świat materialny jest od tego, aby realizować w nim dobro pochodzące ze świata idei, powiedział Platon. Mówił on oczywiście także mnóstwo innych rzeczy, ale ta myśl jest zdecydowanie kluczem do zrozumienia jego starożytnych pragnień. A ze starożytnymi pragnieniami nie ma żartów: do dziś tkwią wbite w kulturę jak osikowe kołki w ciało wampira. I nie, ależ skąd, wcale nie uważam, aby to była wada naszej cywilizacji. Wręcz przeciwnie, bez Platona i spółki wszyscy bylibyśmy ubożsi – na ogół nie zdając sobie z tego sprawy.

Jest tylko jeden kruczek, który nie pozwala spać spokojnie. To ustęp z Państwa, w którym Platon dziękuje poetom za współpracę. Wygania ich ze swojej idealnej krainy, a wiersze wykreśla nawet z Iliady i Odysei, prosząc Homera i innych aby się o to nie gniewali”. A oni jednak się gniewają i pamiętają mu hańbę do dziś.

Ale za co?                                                    Platon 2

Właśnie, zacznijmy od tego. Co właściwie Platonowi nie pasowało? Co tak wielkiemu umysłowi mogło przeszkadzać w poezji? Odpowiedź będzie skrócona, bo wynika z założeń metafizycznych filozofa, a na założenia metafizyczne Platona potrzeba byłoby mi pięćdziesięciu stron minimum, drobnym druczkiem.

Było zatem tak: po pierwsze prawda jest najważniejsza, a do prawdy dociera się za pomocą intelektu. Czystego intelektu. Zmysły tylko przeszkadzają, widzą i słyszą wyłącznie świat zmienny (a więc nieprawdziwy), a poza tym same nie są doskonałe i często wprowadzają człowieka w błąd. Po drugie, dzięki prawdzie realizujemy w szarym, materialnym świecie idee. Różne idee, ale dobro przede wszystkim – przy czym w starożytnej Grecji dobro, piękno i prawda to tak naprawdę jedna i ta sama rzecz, tyle że w trzech odsłonach.

Pytanie retoryczne brzmi: czy sztuka szuka prawdy? Ano właśnie… To odpowiedź przecząca powoduje, że Platon uważa, iż poezja to szkoda wyrządzona słuchaczom. Tworzy nieistniejącą rzeczywistość, zaciemnia umysł, jest psychiczną trucizną. Z tego powodu, w jego idealnym państwie rządzonym przez filozofów, nie ma miejsca dla ludzi, którzy oszukują. Oszukują i – na dodatek – wymagają uległości. Filozofia polega bowiem na dyskusji, poezja – na słuchaniu. Filozofia szuka klarownych definicji, poezja – wypluwa metafory, każe się domyślać. Bełkocze.

Żeby było jasne: Platon (sam używając metafor, o ironio) docenia Homera i czytając Państwo odnosi się wrażenie, że poetów jest mu jednak trochę żal. Ale uspakaja sam siebie („nie należy cenić człowieka więcej niż prawdę”) i z czystym sumieniem układa dalsze reguły gry dla swojej utopii.

Drogiemu Platonowi – przyjaciele

Nie, poeci nie zignorowali Platona. Nie da się go ignorować, niestety. Da się natomiast pokonywać go jego własną bronią. Metaforą.

Zaczął chyba Aleksander Wat. Wypomniał filozofowi, że jego utopia jest pierwowzorem totalitaryzmu. A skoro tak, skoro w idealnym państwie mogą żyć tylko ci „potrzebni” – czyli ci realizujący odgórnie narzucony cel, jakim może być wcielanie w życie idei dobra, ale równie dobrze każdej innej idei (XX wiek coś na ten temat wie) – filozof przyczynił się do nieszczęść. Do zła. Tak, Platon wcielający w materialny świat ideę dobra, realizuje zło:

                    Platon kazał nas wyświecić
                    z Miasta, w którym Mądrość rządzi.
                    W nowej Wieży z Kości (ludzkich)
                    […]
                    Mrok zapada i Minerwa
                    śle swe sowy do Wyroczni.
                    Platon kazał mnie wyświecić
                    w noc bez Światłych Filozofów.
                    Kwiaty szczęściem oddychają,
                    chmura ciepło deszczem pachnie,
                    w ciszy słyszę swoje kroki,
                    idę a i nie wiem dokąd?

                    (A. Wat, Ciemne świecidło)

Wygnany Wat wie, że nie realizuje planu. Nie wpisuje się w mechanizm doskonały, a więc sieje zamęt. Jest niepotrzebny w świecie, w którym – cytując Platona – można tylkowedług wzoru i mówić, i pisać wiersze”. Część zasad utopii starożytnego Greka w sposób przykry pasuje do zasad Związku Sowieckiego. I to właśnie wypomina mu Wat.

Nikos Chadzinikolau, mniej znany pisarz polski, nomen omen greckiego pochodzenia, tłumacz Greka Zorby, też ma Platonowi coś do powiedzenia. W wierszu Drzewo Platona odnosi się do zarzutu filozofa, jakoby poeci nie mówili jasno i wyraźnie. A raczej nie tyle odnosi, co wykazuje, że przyganiał kocił garnkowi. Tekst zaczyna się tak:

                    Platon mówił tak czysto
                    jak szelest liści oliwki.
                    Rozumieli go nawet przypadkowi przechodnie.

Hm, niewątpliwie. Co więcej, pojawia się jeszcze jedna szpilka. Platona już nie ma. Poeci są:

                    Nadaremnie szukałem drzewa Platona
                    w Atenach,
                    zwalił je ciężarowym samochodem
                    pijany kierowca,
                    który zbiegł.

Jeszcze inaczej potraktowała Platona Wisława Szymborska. Nie wypomina mu wygnania z Państwa, nie dogryza, że sam wyrażał się niejasno, że przyniósł szkodę ludzkości, dając wiarę w utopię. Nie. Ona pyta tylko „dlaczego?”, ale pytaniem tym uderza w największy platoński skarb: metafizykę. Teorię idei.

                    Z przyczyn niejasnych,
                    w okolicznościach nieznanych
                    Byt Idealny przestał sobie wystarczać.

                    Mógł przecież trwać i trwać bez końca,
                    ociosany z ciemności, wykuty z jasności,
                    w swoich sennych nad światem ogrodach.

                    Czemu u licha, zaczął szukać wrażeń
                    w złym towarzystwie materii?

Jakim cudem, innymi słowy, podstawowa zasada metafizyczna w ogóle miałaby zadziałać? Oczywiście Platon już kilka tysięcy lat temu usiłował odpowiedzieć na podobne pytania (tu znów pięćdziesiąt stron drobnym druczkiem), ale właściwie nie odpowiedział przekonująco. Nie wytłumaczył tego:

                    Na co mu naśladowcy
                    niewydarzeni, pechowi,
                    bez widoków na wieczność?

                    Mądrość kulawa
                    z cierniem wbitym w piętę?
                    […]
                    Piękno
                    z niepowabnymi w środku jelitami

                    (W. Szymborska, Platon, czyli dlaczego)

O ile jednak u Szymborskiej pojawia się wobec filozofa jakaś trudna do zdefiniowania czułość (oj, bynajmniej nie grecka, a barbarzyńska, jak nic), o tyle Zbigniew Herbert na Platona chyba rzeczywiście się obraził. W jego Jaskini filozofów, Platon robi karierę na… śmierci Sokratesa. Tłumaczy swoim uczniom, że owszem, potrzebny jest mit Sokratesa, ale nie ma co zbytnio wierzyć w faktyczną wartość skazanego na śmierć „burzyciela Aten”.

„Prawdziwy Sokrates – mówi herbertowski Platon – Sokrates że tak powiem publiczny, jest dziełem swoich uczniów. Kiedy kilkanaście lat temu odkryli go, był jak śpiewak uliczny, niewątpliwy talent, ale bez żadnej kultury. Homera nie znał, dialektykę miał amatorską i żadnych zainteresowań metafizycznych – słowem, prymityw.”

Platon bez poczucia humoru

Ostatecznie, Herbert, skądinąd znawca antyku, nie odpuścił Platonowi. Szczególnie skupił się na jednym. Na braku ducha. Platon, owszem, umysł nieprzeciętny, dialektyk, miłośnik prawdy. Ale jako człowiek? Jako byt duchowy? Jako artysta? Kilka razy poeta pokazywał sztywność myślenia, nie tylko zresztą u Platona, ale i u całej prawie filozoficznej kompanii. Ta sztywność właśnie sprawia, że w pewnym sensie ludzi pióra zamienili się miejscami z idealnymi obywatelami platońskiego Państwa. Teraz oni patrzą z góry na dialektykę i filozoficzne pojęcia. Przykłady można podać dwa:

                    PLATON: To wszystko, co mi zostawiasz?
                    SOKRATES: Wszystko.
                    PLATON: Trochę kpin.
                    SOKRATES: Coś więcej, Platonie. Trochę ironii.

                    (Z. Herbert, Jaskinia filozofów)

oraz, na zakończenie:

                    Posiałem na gładkiej roli
                    drewnianego stołka
                    ideę nieskończoności
                    patrzcie jak mi ona rośnie
                    […]
                    – mówi filozof i śmiejąc się głośno
                    macha małymi rączkami

                    wymyśliłem w końcu słowo byt
                    słowo twarde i bezbarwne
                    trzeba długo żywymi rękami rozgarniać ciepłe liście
                    trzeba podeptać obrazy
                    zachód słońca nazwać zjawiskiem
                    by pod tym wszystkim odkryć
                    martwy biały
                    filozoficzny kamień

                    oczekujemy teraz
                    że filozof zapłacze nad swoją mądrością
                    ale nie płacze
                    przecież byt się nie wzrusza

(Z. Herbert, Uprawa filozofii)

Chociaż, może trochę się wzruszył. Na myśl o masowej tułaczce poetów wygnanych z jego Superpolis.

platon


Tekst opublikowany pierwotnie w 50 numerze Kwartalnika Literacko-Artystycznego „Szafa”.